wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    „Nie przejmujcie się negatywnymi opiniami ludzi”

    - rozmowa z p. Jolantą Bielendą na temat edukacji domowej jej syna.



    Czy może Pani przedstawić Czytelnikom swoją sytuację rodzinno-zawodową? Ludzie często nie wyobrażają sobie, jak można w Polsce mieć czas na edukację domową własnych dzieci...
    Jolanta Bielanda z synem Marcinem     - Jestem matką dwójki dzieci (Marcin 11 lat, Basia 13). Z wykształcenia jestem nauczycielką j. angielskiego. Obecnie, z uwagi na zaangażowanie się w nauczanie domowe syna, pracuję tylko w wakacje, prowadząc letnie kursy językowe. Mój mąż Piotr, prowadzi własną działalność, dzięki czemu może czynnie uczestniczyć w naszych zajęciach. Kilka lat temu wynieśliśmy się z Warszawy w poszukiwaniu spokojniejszego, tańszego i zdrowszego miejsca do życia. Teraz mieszkamy w lesie i żyje nam się o wiele przyjemniej niż w mieście.
        Marcin jest... nie da się tego opisać, trzeba go po prostu poznać. W każdym razie, jest dzielnym harcerzem (Stowarzyszenie „Zawisza”), lubi książki, wędkowanie, budowanie z klocków Lego. Co jakiś czas przeprowadza też różne 'eksperymenty', np. ostatnio wessał sobie całą brodę do szklanki, włożywszy do niej uprzednio gwóźdź. Szukał dowodu na to, że w próżni nie rozchodzi się dźwięk. Efekt był taki, że zrobił mu się na twarzy ogromny siniec, i musiał tak niestety iść następnego dnia na egzamin.

    Dlaczego zdecydowali się Państwo na edukację domową syna?
        - Głównym powodem był jego brak postępów w nauce. Od początku pierwszej klasy wykazywał trudności w uczeniu się (późniejsze badanie w Poradni Psychologiczno - Pedagogicznej wykazało u dziecka szereg dysfunkcji). Spędzaliśmy po kilka godzin dziennie pomagając mu w lekcjach, ale nie dawało to zadowalających efektów. Przychodząc ze szkoły był już tak zmęczony, że pracował bardzo powoli i niechętnie. Widoczne było to, że nie opanował materiału z danego dnia, nie mówiąc już o konieczności odrobienia lekcji. Ten system uczenia w jego przypadku po prostu nie działał. Problemem była też przemoc ze strony niektórych uczniów oraz ogólne poczucie zagrożenia u dziecka (np. bał się samodzielnego pójścia do toalety). Marcin zraził się do szkoły, odmawiał chodzenia do niej, miał codzienne bóle brzucha, stawał się coraz bardziej nerwowy i coraz bardziej zamykał się w sobie. Pewnego dnia spacerujący po korytarzu gimnazjalista podszedł do Marcina, objął go za głowę i uniósł do góry! To był ostatni dzień naszego dziecka w szkole.

    Czy decyzja o edukacji Marcina była decyzją nagłą?
        - I tak, i nie. W zasadzie już na pół roku wcześniej zdaliśmy sobie sprawę ze skali problemu. Stawało się oczywiste, że w jego przypadku nie pomogą żadne półśrodki (zajęcia wyrównawcze czy uczenie go popołudniami, które, jak już wspomniałam wcześniej, nie było efektywne). Decyzja o zabraniu dziecka ze szkoły była o tyle nagła, że po prostu pewnego dnia stwierdziliśmy, że ta cała sytuacja jest bez sensu. Dziecko wychodzi do szkoły z płaczem, nie nadąża z programem, a na domiar złego dokuczają mu szkolne osiłki. Zresztą incydent, o którym mówiłam wcześniej, mógł przecież spowodować trwałe kalectwo lub śmierć. A więc zdecydowaliśmy, że od następnego dnia, Marcin będzie się uczył w domu.

    W jaki sposób dowiedziała się Pani o możliwości realizowania nauki poza szkołą?
        - Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do MEN-u. Poszliśmy z mężem zrobić wywiad bezpośrednio w Ministerstwie. Spotkaliśmy się z dobrym i rzeczowym przyjęciem. Zacytowano nam odpowiednią ustawę i postanowiliśmy z niej skorzystać - powołując się na nią we wniosku do Dyrektora. Na informacje o Stowarzyszeniu Edukacji Domowej natknęłam się parę miesięcy później w Internecie, szukając materiałów wspomagających nauczanie w domu.

    Jak wyglądał pierwszy rok nauki Marcina?
        - Nie obyło się oczywiście bez problemów. Głównie dotyczyły one dyscypliny pracy. Ale po kilku miesiącach jakoś się dotarliśmy. Zmieniliśmy zupełnie system pracy: częste, ale krótsze przerwy, wspólne obmyślanie i stosowanie niekonwencjonalnych sposobów zapamiętywania wiadomości np. sporządzanie rysunków do trudnych słów. Dawało mi to dużo satysfakcji, ponieważ praca z wypoczętym i nastawionym pozytywnie dzieckiem wreszcie zaczęła dawać efekty. I to zarówno w nauce, jak i w jego rozwoju emocjonalnym -stał się bardziej zrównoważony, uważny i przyjmował informacje.

    Jak chłopczyk znosi „niechodzenie” do szkoły?
        - Jak można się domyślić, Marcin nigdy nie był, delikatnie mówiąc, „fanem” szkoły. Szybko został do niej zniechęcony. A więc odpowiedź na to pytanie brzmi: bardzo dobrze. Marcin bardzo się zmienił na korzyść przez ostatni rok. Widzimy to zarówno my, jak i inne osoby mające z nim stały kontakt. Szczególnym potwierdzeniem naszej obserwacji jest opinia druha drużynowego. Zauważył ogromny postęp u naszego dziecka w relacjach z innymi dziećmi, jak i z osobami dorosłymi. Po prostu otworzył się na ludzi, ma przyjaciół w wieku 0-78 lat (m.in. braciszek cioteczny i sąsiad wędkarz emeryt) i jest szczęśliwy. Ostatnio wychowawczyni „jego” klasy zaprosiła Marcina na imprezę klasową (miły gest z jej strony). Poszedł chętnie, odnalazł się w klasie bez problemu, ale wrócić do szkoły na stałe nie chce. Pytany przez kolegów dlaczego nie chodzi do szkoły odpowiada po prostu: „lepiej jest mi uczyć się w domu”.

    Czy ktoś pomaga Państwu w nauczaniu syna?
        - Tak. Znam nauczycielkę, która ma syna w wieku Marcina, więc stworzyłyśmy coś w rodzaju mini-klasy i wymieniamy się lekcjami. Ja uczę chłopców j. angielskiego, a druga mama przygotowuje ich do konkursu matematycznego. Jestem także mile zaskoczona postawą nauczycieli ze szkoły, do której uczęszczał mój syn. Choć nie udzielają Marcinowi lekcji, to zawsze mogę się do nich zwrócić z prośbą o wskazówki czy wyjaśnienie jakiegoś zagadnienia. To naprawdę podbudowuje!

    Jak dała sobie pani radę z opracowaniem programu i doborem podręczników?
        - Jestem w tej dobrej sytuacji, że większość nauczycieli wspomaga mnie w pracy z Marcinem. Udostępniają mi program, doradzają w różnych sytuacjach, po prostu są otwarci na współpracę. Uczę z tych samych podręczników, które obowiązują w szkole. Dodatkowo, mam oczy szeroko otwarte na wszelkiego rodzaju źródła dodatkowej wiedzy takie jak wydania encyklopedyczne, Internet czy po prostu ciekawe książki.

    Jak ocenia Pani egzaminy, które muszą zdawać dzieci edukowane domowo w Polsce?
        - Nie wiem, jak jest w innych szkołach, mogę się więc wypowiedzieć tylko na temat 'naszych' egzaminów. Marcin jest egzaminowany dwa razy w roku. Nie mam żadnych zastrzeżeń, co do formy ich przeprowadzania, chociaż w pierwszym roku egzamin przypominał „komisyjny egzamin” na Politechnice - uczeń i 3 osobowa komisja. Obecnie egzaminują poszczególni nauczyciele oddzielnie. Co więcej, jestem bardzo mile zaskoczona postawą nauczycieli. Starali się o to, aby zminimalizować egzaminacyjny stres. Dzięki temu wszystko odbyło się w przyjaznej atmosferze, a Marcin po przyjściu do domu stwierdził, że „...panie są bardzo fajne i już się nie boję egzaminów”.

    Jaka była reakcja Pani rodziny, przyjaciół?
        - Charakterystyczne było to, że im ktoś miał mniejszy kontakt z naszym dzieckiem, tym bardziej był nastawiony negatywnie do jego „niechodzenia” do szkoły. Według mnie świadczy to o myśleniu opartym na stereotypach. Uderza mnie zawsze łatwość wydawania takich opinii. Tacy ludzie prawie nigdy nie próbują zapoznać się z całą sytuacją, poznać dokładnie powodów naszej decyzji czy efektów pracy z dzieckiem w domu. Na szczęście nauczyłam się już ignorować opinie typu „bo wszyscy inaczej...., bo nikt tak....., bo tak nie można, nie bo nie...”.

    Co chciałaby Pani powiedzieć innym rodzicom, którzy myślą o edukacji domowej własnych dzieci?
        - Przede wszystkim trzeba rzetelnie rozpatrzyć wszystkie za i przeciw takiej decyzji. Edukacja domowa wymaga bardzo dużo trudu i wysiłku. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to jakaś katorga. Przeciwnie, doświadczenie to przynosi dużo satysfakcji, kiedy widzi się pozytywne efekty swojej pracy z dzieckiem.
        Osobom, które są przekonane o tym, że dla ich dzieci dom jest lepszym miejscem do zdobywania wiedzy, mam pewne przesłanie: Nie przejmujcie się negatywnymi opiniami ludzi, którzy nie znają dokładnie sytuacji.
        Jest to bardzo trudne gdyż każdemu z nas zależy przecież na akceptacji innych. Zrozumienie tego zajęło mi trochę czasu i kosztowało wiele zdrowia. Teraz, gdy słyszę od kogoś, że to co robię jest bez sensu, szkodzi dziecku itd., zadaję sobie w myśli trzy pytania:
  • Czy ta osoba zna dobrze moje dziecko?
  • Czy interesuje ją to, jak nauka w domu zmieniła Marcina przez te dwa lata?
  • Czy ma rzetelną wiedzę na temat edukacji domowej opartą na badaniach lub doświadczeniach innych?

  •     Jeśli odpowiedzi są przeczące, to zamiast się wdawać w jałową dyskusję, po prostu zmieniam temat.

    Serdecznie dziękuję za rozmowę.




    Rozmawiała: Natalia Dueholm
    Styczeń 2006



  • skocz do góry