wróć
  • do "artykuły" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Paweł Chojecki

    Kto się boi nauczania domowego?


        Żyjemy w takich czasach, że zanim przejdę do odpowiedzi na tytułowe pytanie, muszę niestety przybliżyć samo pojęcie nauczania domowego. Choć jeszcze kilka wieków temu była to powszechna forma kształcenia młodych ludzi, dzisiaj w Polsce korzystają z niej dzieci co najwyżej dwudziestu (!) rodzin!

        Wszyscy przywykliśmy do instytucji szkoły państwowej i już nie dziwi nas nawet obowiązek chodzenia do niej. Oczywiście powszechnie się ją krytykuje i narasta niepokój z powodu tego, co się w niej wyrabia. Niewielu jednak stawia zasadnicze pytanie: czy rzeczywiście jest ona potrzebna? Czy nie ma lepszych sposobów dostarczenia dzieciom koniecznej wiedzy?

        Do tych nielicznych zaliczają się z pewnością rodzice wybierający dla swoich pociech nauczanie domowe. Ludzie ci mieli „czelność” pomyśleć, że sami lepiej od państwowego urzędnika wiedzą, czego i jak nauczać swoje dzieci. Zamiast posyłać je na wiele godzin do instytucji, która tylko niespełna jedną trzecią czasu poświęca na efektywne nauczanie, wolą sami uczyć swoje dzieci w domu.

        W zależności od ustawodawstwa poszczególnych państw dziecko uczone w domu zdaje co semestr, co rok (lub w ogóle) egzamin z zakresu danej klasy i otrzymuje świadectwo szkolne. Większość rodziców kończy ten typ edukacji na poziomie szkoły podstawowej, choć zdarzają się i tacy, którzy realizują program licealny.

        Jakie są zalety tego systemu? Większość jest oczywista: lepsze więzi rodzinne, możliwość zindywidualizowanego podejścia do ucznia, bezstresowa i pełna zaangażowania obu stron atmosfera, w jakiej odbywa się nauka, ochrona dziecka przed złym wpływem szkoły (narkomania, przemoc fizyczna itp.), większa kontrola rodzicielska nad kontaktami z rówieśnikami, lepsze wykorzystanie czasu, zdolności i otwartości dziecka na naukę.

        Pojawia się jednak zasadnicze pytanie o efekty. Czy nauczanie domowe nie będzie produkować jakichś niedouczonych, zakompleksionych i nieprzystosowanych do życia nieudaczników? Ze względu na niereprezentatywność tego typu edukacji w polskim środowisku, zmuszony jestem do skorzystania z badań amerykańskich, z którymi miałem okazję zapoznać się na wygłoszonym w marcu br. na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu wykładzie prof. Briana Ray'a, prezesa Narodowego Instytutu Badań nad Edukacją Domową (www.nheri.org).

        Najważniejszy wskaźnik porównawczy - wyniki ogólnokrajowych testów szkolnych - pokazuje bez cienia wątpliwości, która metoda jest górą. Przeciętna w szkołach publicznych oscyluje w granicach 50%, a w nauczaniu domowym waha się pomiędzy 65% a 80%... Co ciekawe, dzieci czarne i kolorowe, które statystycznie osiągają w szkołach publicznych USA najgorsze wyniki z ww. testów (choć tych informacji nie publikuje się zbyt szeroko), w procesie nauczania domowego osiągają lepsze rezultaty niż ich biali rówieśnicy ze szkół państwowych!!! Ktoś powie: wiedza to nie wszystko, pewnie dzieci uczone w domu nie umieją się później odnaleźć w normalnym społeczeństwie. Wyniki badań amerykańskich i tutaj przynoszą rewelacyjne dane. Otóż aktywność społeczna (zaangażowanie w życie społeczności lokalnej, organizacji społeczno-politycznych, udział w wyborach, akcjach środowiskowych, demonstracjach, pikietach itp.) mierzona u absolwentów państwowej edukacji wynosi ok. 35%. W przypadku domowej - 70%...

        W badaniach porównawczych uczniowie publicznych szkół biją na głowę uczących się w domu tylko w jednej dyscyplinie - poziomie agresji.

        Na koniec tych zestawień zacytuję jeszcze dwie dane liczbowe - otóż te lepsze wyniki w nauczaniu osiągają ludzie, z których co najwyżej 10% posiada formalne kwalifikacje do nauczania, a koszt edukacji domowej jest DZIESIĘCIOKROTNIE mniejszy niż państwowej. Mam teraz dla Państwa zagadkę: Kto najzacieklej zwalcza ideę nauczania domowego i rzuca jej kłody pod nogi? Odpowiedź jest zastanawiająca: związki zawodowe nauczycieli i władze państwowe.

        Związkowców można zrozumieć - boją się stracić pracę. Wypadałoby tylko im przypomnieć, by faryzejsko nie szermowali przy tym hasłem dobra dziecka. Zdrowy rozsądek i badania prowadzą do przeciwnych wniosków.

        Dlaczego jednak władzom państwowym spędza sen z powiek ten skuteczniejszy i wielokrotnie tańszy system kształcenia? Tu odpowiedź wymaga już pewnej przenikliwości.

        Najpierw należy się zastanowić, skąd władza bierze pieniądze, które potem wydaje między innymi na „darmowe” szkolnictwo? Niestety nie jest prawdą wierzenie części zwolenników Andrzeja Leppera czy miłej inaczej Pani Izy Jarugi-Nowackiej, że „państwo se pieniądze drukuje”. Rzeczywistość jest bardziej prozaiczna - państwo pieniądze ZABIERA obywatelom. Tu mamy po części odpowiedź, dlaczego lekką ręką wydaje tyle kasy na tak nieefektywny system zamiast zastąpić go lepszym i tańszym. Wydawanie nie swojego po prostu „mniej boli”.

        Nie jest to jednak jeszcze pełna odpowiedź na pytanie o przyczyny strachu władzy przed uczącymi swoje dzieci rodzicami. By je lepiej zgłębić, trzeba podać jeszcze jedną cechę nauczania domowego: w jego wyniku dzieci zachowują w ogromnej mierze światopogląd rodziców. I to jest właściwa przyczyna niechęci współczesnych władz państwowych do edukacji domowej! Tych dzieci nie da się tak łatwo otumanić lewicową papką propagandową, nie oduczy się ich samodzielnego myślenia, nie nabierze tak łatwo na obietnice typu: "Głosujcie na mnie, a dam Wam za darmo domy, szkoły, szpitale i budki z piwem". One ze swojej edukacji najbardziej zapamiętają, że władza robi nam najlepiej, gdy daje nam... ŚWIĘTY SPOKÓJ!!!




    Paweł Chojecki
    Tekst pochodzi z pisma „idź POD PRĄD”.

    Publikujemy za zgodą autora.




  • skocz do góry