wróć
  • do "wywiady" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    „Wymagania stawiane dzieciom w tej szkole nie zadowalały nas”

    - wywiad z Dominikiem Karśnickim



    Mieszka Pan czasowo z rodziną w Kazachstanie. Po przybyciu, posłał Pan syna do szkoły międzynarodowej. Dlaczego zrezygnował Pan z tej szkoły na rzecz edukacji domowej?
        - Cóż, okazało się, że ta szkoła nie spełnia naszych oczekiwań jako - użyję żargonu - „placówka wychowawcza”. Owszem, miała swoje niezaprzeczalne zalety: dobre warunki nauki, świetne wyposażenie, zasobną bibliotekę wielojęzyczną, basen, boiska itp. Jednakże moim zdaniem akurat ta szkoła nie wykorzystała atutu wielonarodowości uczniów. W skrócie: około dwóch trzecich materiału było wykładane po rosyjsku, a reszta po angielsku. Oprócz tego lekcje kazachskiego dla rodowitych Kazachów oraz chętnych. Moja Żona jest z wykształcenia filologiem angielskim, więc siłą rzeczy sporo uczyła tego języka: czy to na uniwersytecie, czy to w szkołach prywatnych, czy też na lekcjach indywidualnych. Miała dużo zastrzeżeń co do metodyki nauki angielskiego w tej szkole, zwłaszcza dla dzieci o podobnym profilu jak nasz syn (ani rosyjski, ani angielski nie jest dla niego językiem rodzimym). Poza tym - po jakimś czasie - zgodziliśmy się co do tego, że wymagania stawiane dzieciom w tej szkole nie zadowalały nas. Podsumowując: do plusów należało zaliczyć wysokiej klasy wyposażenie, dobre zaplecze oraz bardzo międzynarodowe towarzystwo rówieśników. Na minus można zapisać niespójność programu dla dzieci narodowości innych niż rosyjsko- i angielskojęzyczne, dość pobłażliwy poziom wymagań oraz - niestety - częste marnowanie czasu uczniów.

    Jak wygląda podział pracy - nauki dzieci pomiędzy Panem a Żoną? I jak rozwiązali Państwo sprawę nauczania w języku polskim i rosyjskim?
        - Podział pracy był dość nierównomierny z uwagi na specyfikę mojej pracy: częste późne powroty do domu, czasem niespodziewane wyjazdy... Żona przerabiała z synem program polski (zabraliśmy z Kraju niezbędne materiały) oraz część programu rosyjskiego. Na mnie przypadała matematyka po rosyjsku, która tradycyjnie stoi tu nieco wyżej, niż w Polsce. Starałem się maksymalnie urozmaicić te dwie-trzy godziny tygodniowo, w miarę moich skromnych możliwości. Nasz syn jest dość bystry, w związku z czym starał się czasem uprościć sobie zadanie, wnioskując o poleceniach z treści zadania, zamiast je sumiennie czytać. Oczywiście, kosztowało mnie to sporo cierpliwości, żeby nie wywołując zadrażnień i nie zniechęcając nakierować go na właściwą metodę. Jednakże widziałem, że to się bardzo opłaca. Języki to zupełnie "inna bajka". Po dojrzałym namyśle najęliśmy dyplomowaną nauczycielkę rosyjskiego, która miała z nim lekcje dwa razy w tygodniu. Dla porównania: lekcje takie są mniej więcej w cenie najtańszych korepetycji w Polsce, a jakość ich zupełnie nieporównywalna. Dla ciekawości: tutaj dzieci ciągle uczą się czegoś w rodzaju kaligrafii, która - naszym zdaniem - jest bardzo korzystna dla rozwoju zdolności motorycznych dziecka oraz kształcenia charakteru pisma. Jeśli chodzi o angielski, to zainwestowaliśmy w renomowany kurs angielskiego, firmowany przez BBC, a więc raczej godny zaufania. Co do polskiego, to stawiamy na odpowiedni dobór lektur oraz na częste rozmowy językiem tak bogatym, jak to możliwe na co dzień. Oczywiście, oprócz programu podręcznikowego.

    Czy pytał Pan syna o zdanie, czy przypadkiem nie woli on jednak chodzić do szkoły z rówieśnikami?
        - Jak powiedziałem, syn chodzi do szkoły razem z rówieśnikami, tyle że w ograniczonym zakresie - spędza więcej czasu w domu, a mniej w szkole. Szkoła, do której teraz uczęszcza, jest niewielką prywatną szkołą z wykładowym językiem rosyjskim. Jak powiedziałem wyżej, mój syn spędza tam mniej czasu w porównaniu z innymi dziećmi - z powodu zajęć domowych.

    A co z socjalizacją? Wielu ludziom wydaje się, że dzieci, które nie chodzą do szkoły będą upośledzone. Co Pan na to?
        - Jeśli rodzice zajmują się swoimi dziećmi i dbają o ich rozwój, to nie sądzę, żeby istniało takie zagrożenie. Mój starszy syn już jest zdolny do oceniania zachowań innych dzieci i muszę przyznać, że - jak do tej pory - zgadza się to z naszymi odczuciami. Mieszkamy w międzynarodowym osiedlu i jak do tej pory nie miał żadnych problemów z socjalizacją, mimo występujących naturalnie problemów językowych. Tu przyznam na marginesie, że bardzo zazdroszczę dzieciom tej umiejętności porozumiewania się za pomocą zachowań, zabawy, a nie języka.

    Jakie rady dałby Pan rodzicom, którzy z różnych powodów chcieliby np. przez rok nauczać swoje dziecko w domu?
        - Trudne pytanie - nie przepadam za dawaniem rad innym, bo uważam, że każdy jest odpowiedzialny za swoje własne decyzje. W skrócie powiedziałbym, że z dziećmi uczonymi w domu trzeba postępować bardzo ostrożnie, żeby ich do tego nie zrazić. Osobiście wierzę w siłę wdrożenia się do nawyku, a zatem sugerowałbym stałe pory i dni nauczania z jak najmniejszą ilością wyjątków, opóźnień i usprawiedliwień. Mocno wierzę w przygotowanie teoretyczne, a więc podpowiadam stosowne lektury dla rodziców - np. z zakresu psychologii dziecka.

    Za jakiś czas powróci Pan do Polski. Czy pośle Pan dzieci do szkół?
        - Sądzę, że tak. W Polsce nasz syn chodził przez jeden semestr do niedużej szkoły prywatnej, gdzie panowała doprawdy bardzo rodzinna atmosfera. Nieduże (14-18 dzieci) klasy, staranny dobór pedagogów, odpowiedni dobór obciążenia i obowiązków oraz szczere, rozsądne i bardzo dorzeczne podejście dyrektora nadzwyczaj nam odpowiadały. W związku z tym uzgodniliśmy z nim, że nasz syn będzie składał egzaminy w czasie wakacji (które moja rodzina spędza w Kraju) i na tej podstawie będzie otrzymywał normalne świadectwo. To już zdało egzamin, ponieważ niedawno dowiedziałem się, że syn dostał uczciwą piątkę, idąc na tzw. egzamin dyrektorski praktycznie bez przygotowania. To utwierdza Żonę i mnie w przekonaniu, że obraliśmy dobrą drogę dla nauki naszego dziecka. Chciałbym zaakcentować, że znakomitą większość pracy koncepcyjnej, przygotowawczej i merytorycznej wykonała właśnie moja Żona, której jestem za to ogromnie wdzięczny. Ponadto - wracając do początku pytania - koszta szkoły prywatnej tego typu doprawdy nie są wygórowane, ważąc korzyści, jakie ma dziecko, chodząc do niej. Oczywiście, lekcje domowe są równie ważne, ponieważ kształtują w dziecku inny sposób myślenia, odmienny punkt widzenia. Poza tym samemu można skorzystać z dziecięcego podejścia do świata, które zwykle jest bardzo oryginalne i niesztampowe. Zajęcia w domu są szalenie pomocne w przekazywaniu dziecku swojego światopoglądu, za co czujemy się podwójnie odpowiedzialni we współczesnym świecie pokemonów, slizzerów czy innych transformerów.

    Dziękuję za rozmowę.



    Rozmawiała: Natalia Dueholm



  • skocz do góry