wróć
  • do strony głównej >

    skomentuj
  • napisz do nas
  • Wątki wybrane z zapisu spotkania z Patem Farengą

    współautorem książki Teach Your Own ('Ucz swoich'), wieloletnim współpracownikiem Johna Holta, jednego z pierwszych promotorów edukacji domowej w USA.

    Spotkanie odbyło się podczas V Zjazdu Edukatorów Domowych w dn. 22-25 maja 2008
    w Zielonej Górze.



    Prawdziwa historia

    Opowiem wam prawdziwą historię. Był pewien chłopiec o imieniu Eric. Jego ojciec był żonglerem i brał chłopca ze sobą na występy w całych Stanach Zjednoczonych. Kiedy jego ojciec występował, Eric zajmował się składaniem origami. Składał coraz bardziej skomplikowane konstrukcje, a czasem tylko rozrysowywał je na kartce papieru, gdy nie miał wystarczającej ilości papieru, by je złożyć. Jego ojciec dostrzegł w jego konstrukcjach koncepcje matematyczne i zaczął organizować spotkania chłopca z profesorami matematyki mieszkającymi w miastach, które odwiedzali. Po jakimś czasie jeden z naukowców zasugerował 16-letniemu Ericowi, by poszedł do college'u, gdzie mógłby pogłębić swoją zaawansowaną już znajomość matematyki, a Eric postąpił zgodnie z sugestią. Jakiś czas później do Erica zgłosili się naukowcy z NASA. Zmagali się z problemem konieczności umieszczenia większej liczby paneli słonecznych na ograniczonej przestrzeni krążących wokół ziemi satelitów i sądzili, że Eric ze swoją znajomością technik origami może rozwiązać ich problem, co Ericowi rzeczywiście się udało. Dziś Eric jest najmłodszym profesorem w MIT, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni technicznych na świecie. Pamiętajcie, że jego ojciec był żonglerem, nie matematykiem.


    O moich własnych doświadczeniach z nauczaniem domowym

    Moja żona i ja popełniliśmy całą masę błędów edukując nasze córki (śmiech). Co mi przychodzi od głowy? Bardzo kocham muzykę. Gram na fortepianie i na saksofonie. Wszystkie moje córki próbowałem zarazić moją pasją. Wszystkie stawiały opór i było to dla mnie ogromne rozczarowanie, które odebrałem bardzo osobiście. Całe szczęście, że nie zabiłem w nich całkiem miłości do muzyki. Każda z nich znalazła swoją drogę do muzyki. Jedna z nich śpiewa, druga tańczy, trzecia gra na instrumencie muzycznym, ale innym niż ja. Ważne, by nie czuć się osobiście dotkniętym i rozczarowanym, gdy dzieci nie zechcą wziąć od nas tego, czym się pasjonujemy i czym chcemy się z nimi podzielić. Ważne, by ufać, że znajdą swoją własną drogę.

    Przez tych wiele lat nauczyłem się znaczenia cierpliwości. Moja najstarsza córka nie znosiła matematyki. Co gorsza, moja żona jest nauczycielem matematyki w szkole i tutorem w zakresie matematyki dla wielu dzieci edukowanych domowo. Obie toczyły więc prawdziwe bitwy o to, by moja córka zaczęła się wreszcie uczyć tej matematyki. Zapytałem: "Dlaczego Ci tak na tym zależy?". Moja żona odpowiedziała: "Ponieważ to kocham, a ona powinna się tego uczyć". Zmienialiśmy nauczyciela, próbowaliśmy różnych podręczników, kursów online, nic nie działało. Wreszcie, gdy moja córka miała 17 lat, postanowiła studiować socjologię. Szybko jednak okazało się, że nie może uczestniczyć w bardziej zaawansowanych zajęciach, dopóki nie zda egzaminu ze statystyki. Podeszła do odpowiedniego testu i oczywiście oblała. Zapisała się na zajęcia z podstawowych koncepcji matematycznych w naszym lokalnym college'u i w ciągu 6. miesięcy nadrobiła wszystko to, czego nie nauczyła się przez wszystkie te lata. Zdała egzamin ze statystyki i zagłębiła się w swoją wymarzoną socjologię. Dziś ma 22 lata, dyplom socjologa i pracuje jako doradca ds. trudnej młodzieży. To utwierdza mnie w przekonaniu, że nie ma sensu przyspieszanie pewnych spraw.

    Jak wygląda nasz zwyczajny dzień? Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak zwyczajny dzień (śmiech). Gdy dzieci były małe, spędzały mnóstwo czasu po prostu bawiąc się. Gdy masz w domu sporo małych dzieci, to dość łatwo jest zaprosić inne małe dzieci i gdy one się bawią, zyskać czas na to, by zrealizować swoje "dorosłe" zadania. Gdy dzieci rosną, czas zaczyna się wpisywać w niego bardziej określony harmonogram, bo pojawiają się zajęcia dodatkowe, rozmaite wydarzenia towarzyskie itd. Nasze córki chciały chodzić na rozmaite zajęcia taneczne i muzyczne, które odbywały się zazwyczaj po południu, więc pierwszą połowę dnia mieliśmy zazwyczaj bardziej na luzie, a druga połowa była zdecydowanie bardziej zajęta. Przez te lata nauczyliśmy się też tego, że nie jest dobrze, gdy dziecko zawsze jest na pierwszym planie, a jego potrzeby są najważniejsze. Wcale nierzadko potrzeby naszych dzieci schodziły na dalszy plan, byśmy my, dorośli, mogli zrealizować swoje zadania.

    Stało się naszym zwyczajem wspólne jedzenie przynajmniej jednego posiłku dziennie, najczęściej obiadu. Często z żoną wymienialiśmy się wówczas opieką nad dziećmi, żona szła do pracy, a ja przejmowałem dziewczynki, czasem zresztą również zabierając je do pracy. Tam, gdzie pracuję, było normalne, że wielu pracowników przyprowadzało do pracy swoje dzieci. Obiad był jednak również czasem na to, byśmy wszyscy mogli sprawdzić, jak się mamy, jak nam mija dzień.

    Nauczyłem się tego, że relacje z innymi są co najmniej równie ważne jak jakość materiałów edukacyjnych, które wybieramy dla naszych dzieci. Oceniam, że szukanie rozmaitych interesujących znajomości dla moich dzieci zajmuje czy zajmowało mi co najmniej tyle samo czasu, co szukanie materiałów edukacyjnych. Kiedy zaczynałem edukować swoje dzieci domowo, nie miałem do dyspozycji Internetu. Korzystaliśmy z telefonu i książki telefonicznej, wywieszaliśmy w sklepach spożywczych ogłoszenia, że poszukujemy ludzi, którzy mogliby podzielić się z nami określoną wiedzą. I dziś wiemy już, że ludzie generalnie chcą dzielić się wiedzą, nie chronią swojej prywatności i nie udzielają wiedzy wyłącznie tym, którzy posiadają określone dyplomy. Większość ludzi chętnie dzieli się swoją wiedzą i umiejętnościami z innymi, o ile czują, że ci inni są naprawdę żywo zainteresowani, a nie zmuszeni do udawanego zainteresowania przez kogoś innego.

    Jeśli chcemy zapewnić naszym dzieciom kontakty z innymi, to być może powinniśmy zastanowić się, jak twórczo do tego podejść. Opowiem wam, jak zrobiliśmy to ja i moja żona. Nie chcieliśmy uruchamiać żadnych formalnych zajęć z obowiązkową obecnością dla dzieci z sąsiedztwa, ale stworzyliśmy kilka klubów. Opowiem Wam o dwóch. Pierwszy z nich założyła moja żona i był to klub detektywistyczny, w którym spotykające się raz w tygodniu dzieci poszukiwały rozmaitych skarbów i rozwiązywały zagadki. Ja z kolei założyłem klub prestidigitatorski. Na początku w pokazach sztuczek i warsztatach brało udział zaledwie pięcioro dzieci z sąsiedztwa, ale ani się obejrzałem, jak wieść o klubie rozeszła się i byłem zmuszony wręcz ograniczać liczbę dzieci biorących udział w pokazach do dwudziestu.


    O mitach masowej edukacji

    Na edukację patrzy się często tak, jakby nauczyciel był lokomotywą ciągnącą małe wagoniki - uczniów - które muszą przebyć określoną drogę, przybywając na określone stacje w określonym czasie. Jeśli jednak odejdziemy od przymusu, wagoniki tak czy inaczej przyjadą na swoje stacje - różną drogą i w różnym czasie. Świat jest bowiem systemem połączonych ze sobą obszarów i elementów. Poznanie jednego z nich nieuchronnie prowadzi do poznania kolejnych.

    Nasza sytuacja w Stanach jest o tyle dobra, że mamy różne typy egzaminów. Nie wszystkie szkoły zobowiązane są do tego, by uczęszczające do nich dzieci zdawały testy standaryzowane. Są szkoły chrześcijańskie, waldorfskie, Montessori, które mogą oceniać postępy ucznia na podstawie jego portfolio, na podstawie wykonanych przez niego prac. W wielu przypadkach dzieci, które nie są na to gotowe, mogą nauczyć się czytać dopiero w wieku dziesięciu czy jedenastu lat. Szczególnie często dotyczy to chłopców, którzy częściej niż dziewczynki są "późnymi czytelnikami". Wszystkie badania pokazują jednak, że kiedy przyjdzie na to odpowiedni moment rozwojowy, chłopcy ci bardzo szybko, w ciągu kilku miesięcy, nadrabiają zaległości i doszlusowują do reszty.

    Powszechnie panuje przekonanie, że powinniśmy zetknąć nasze dzieci z możliwie dużą liczbą obszarów przedmiotowych, zapewniając im szerokie wykształcenie ogólne. Moim zdaniem, to nie jest właściwe myślenie. Świat jest siecią połączonych ze sobą elementów. Nie można nauczyć się jednej rzeczy nie ucząc się niczego innego. Ludzie mówią jednak: jeśli w drugiej, trzeciej, szóstej klasie będzie się uczył matematyki, to przynajmniej wdroży się do pewnej dyscypliny. Pogłębianie zainteresować w wybranych kierunkach jednak również wymaga dyscypliny. W czym owa dyscyplina jest gorsza od dyscypliny, która związana jest z wykonywaniem narzuconych zadań?

    Ktoś z Was zapytał, czy pozwalać dzieciom na pozostawianie rozgrzebanych, niezakończonych projektów, które kiedyś zapoczątkowały, czy raczej skłaniać je do zakończenia pracy? Na początek powiem, że uczenie się czegoś nie jest "czystym" procesem, takim "spod igły", wręcz przeciwnie, prawdziwa nauka oznacza zazwyczaj mnóstwo bałaganu. Kiedy patrzyłem na swój dom i widziałem mnóstwo działań porzuconych w połowie, to zyskiwałem pewność, że ktoś się tu rzeczywiście uczy. Leonardo da Vinci nie dokończył bardzo wielu projektów, ale czy to znaczy, że niczego się nie nauczył w samym procesie pracy nad nimi? Czy my, dorośli, również nie porzucamy naszych zainteresowań i nie wracamy do nich po latach? Ivan Illich powiedział kiedyś, że nauka domowa jest jak jedzenie pomarańczy: jesteś cały w soku, masz brudne ręce i policzki, ale smakuje to przepysznie. Nauka szkolna jest jak codzienne zażywanie tabletki witaminy C. Trzeba jednak zastanowić się w każdym przypadku, jakie jest nasze dziecko. Niektóre dzieci reagują na każdą presję i sugestię tym bardziej energicznym wycofaniem się z działania, które chcielibyśmy stymulować. Inne potrzebują nieco więcej struktury, potrzebują wsparcia i być może jeśli nieco podtrzymamy je w ich działaniach, łatwiej będzie im pójść dalej. To musicie ocenić sami, jako rodzice.


    O błędach popełnionych przez amerykański ruch edukacji domowej

    Jednym z błędów popełnionych przez ruch edukacji domowej w Stanach Zjednoczonych było pozwolenie na to, by ów ruch został zdominowały przez prawicowych, chrześcijańskich konserwatystów. Dziś ten wizerunek edukacji domowej wlecze się za edukatorami domowymi, a w odbiorze publicznym, jeśli kształcisz swoje dziecko w domu, to zapewne robisz to z powodów religijnych. Ważne jest to, by ruch edukacji domowej był ruchem inkluzywnym, otwartym dla rodziców reprezentujących różne poglądy. Ważne jest to, by jego osią stało się to, co jest wspólne nam wszystkim - propagowanie prawa rodziców do edukowania ich dzieci w sposób, który uznają za najlepszy.

    Błędem było również pozwolenie na to, by sprawa edukacji domowej stała się jednym z punktów programu rozmaitej maści polityków działających na szczeblu krajowym. Dla nich było to po prostu hasło wyborcze, a z naszego lokalnego punktu widzenia, punktu widzenia osób, które musiały zetknąć się z urzędnikami lokalnej szkoły, kompletnie nie załatwiało to żadnej sprawy. Dziś wiemy, że istotna jest praca z lokalnymi politykami, lokalnymi prawnikami, lokalnymi urzędnikami. I nigdy na to pracę nie jest za wcześnie. Dużo łatwiej jest bowiem załatwić cokolwiek, gdy tego potrzebujemy, z będącymi u władzy osobami, z którymi łączą nas jakiekolwiek relacje, niż szukać sprzymierzeńców, gdy na gwałt potrzebujemy pomocy.


    O tworzeniu przyjaznego środowiska dla edukacji domowej

    Istotne jest to, byśmy jako edukatorzy domowi współpracowali z rozmaitymi instytucjami działającymi lokalnie, w ramach naszej społeczności. W Stanach Zjednoczonych wiele muzeów było pod takim wrażeniem zainteresowania ze strony dzieci edukowanych domowo i ich rodziców, że wprowadziło specjalne lekcje dla dzieci edukowanych domowo, realizowane w godzinach szkolnych, a także rozciągnęło przywileje zarezerwowane dla nauczycieli na rodziców edukujących domowo. Dla odmiany, ponieważ masa dzieci edukowanych domowo chciała pracować jako wolontariusze w bibliotekach publicznych w godzinach szkolnych, wprowadzono prawa zabraniające tego - w godzinach szkolnych. Ważne jest jednak to, że rozmaite lokalne instytucje mogą wam pomóc w realizacji waszych celów. Jednocześnie ważne jest to, byśmy pokazywali, właśnie poprzez współpracę z lokalną społecznością i lokalnymi instytucjami, że nie chcemy izolować naszych dzieci, lecz przeciwnie, aktywnie wychodzić do innych.

    Kiedy ruch edukacji domowej w Stanach Zjednoczonych dopiero raczkował, na początku lat 80-tych, edukatorzy domowi w doborze materiałów byli zdani w zasadzie wyłącznie na siebie, byli bowiem zbyt małym rynkiem, by jakikolwiek wydawca zastanawiał się nad stworzeniem oferty materiałów przeznaczonych wyłącznie dla nich. Dziś istnieją firmy wydawnicze wręcz specjalizujące się w materiałach dla edukacji domowej, łącznie z kompletnymi programami nauczania. To nie wydarzyło się w ciągu jednej nocy, musiało minąć kilkadziesiąt lat, ale mówię o tym po to, byście mieli pewną długoterminową perspektywę. Europa jest na początku tej drogi, którą Stany już w dużej mierze odbyły, ale jest to droga bardzo obiecująca.


    W poszukiwaniu sprzymierzeńców z różnych stron

    Chciałem przeczytać Wam fragment krótkiego artykułu autorstwa Johna Holta zatytułowany Mixed Allies ('Sprzymierzeńcy z różnych stron'), zamieszczony w drugim numerze biuletynu Growing Without Schooling ('Wzrastanie bez szkoły'):

    Ci, którzy czytają "GWS" i chcą zabrać swoje dzieci ze szkoły lub utrzymać je z dala od niej, mogą mieć bardzo różne, czasem sprzeczne powody, by tak postąpić. Niektórzy mogą mieć poczucie, że szkoły są zbyt surowe; inni, że nie są wystarczająco surowe. Niektórym może się wydawać, że szkoły zbyt dużo czasu poświęcają na tak zwane podstawy; inni będą mieć poczucie, że szkoły nie poświęcają podstawom wystarczająco wiele czasu. Niektórzy będą przekonani, że szkoły uczą ostrej rywalizacji; inni - że w zawoalowany sposób uczą socjalizmu. Niektórym będzie się wydawać, że w szkołach jest zbyt dużo religii; innym, że religii jest zbyt mało, za to zbyt dużo jest płytkiego, ateistycznego humanizmu. Osobiście jestem przekonany, że szkoły degradują zarówno myśl naukową, jak i uczucia religijne, i nie pobudzają ani do głębokiej wiary, ani do krytycznego myślenia. Niektórzy uważają, że program szkolny jest nudny, fragmentaryczny, pozbawiony kontekstu, mówiąc słowami George'a Dennisona "niszczy kontinuum doświadczenia". Inni mogą sądzić, że program szkolny jest w porządku, ale nauczyciele niewłaściwie go nauczają. Nie ma znaczenia, czy wszyscy czytelnicy "GWS" udzielą zgodnej odpowiedzi na powyższe pytania. Istotne jest to, byśmy szanowani dzielące nas różnice pracując jednocześnie na rzecz tego, w czym jesteśmy zgodni: naszego prawa i prawa wszystkich ludzi do tego, by mogli zabrać swoje dzieci ze szkoły i pomóc im, zaplanować, pokierować ich uczeniem się w sposób, który uznają za najlepszy.




    Relacja V Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja i zdjęcia z IV Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja z III Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja z II Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja z I Zjazdu | tutaj >>>
    Zdjęcia z I Zjazdu | tutaj >>>




  • skocz do góry