wróć
  • do "porady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Ewa Jurkiewicz

    O specyficznych problemach...

    ...z czytaniem i pisaniem, glottodydaktyce oraz zasadach polskiej ortografii rozmawiamy z profesorem Bronisławem Rocławskim z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie


    Jest Pan twórcą kontrowersyjnego, a dla niektórych nawet zbyt radykalnego poglądu głoszącego, że zjawisko dysleksji obiektywnie nie istnieje. Na jakich przesłankach opiera Pan to przekonanie?
        - Nie można mówić o dysleksji, jeżeli dysponujemy jedynie pobieżnymi analizami. Mówi się, że wynika ona z innej dynamiki mózgu czy uszkodzeń neurologicznych, ale według mnie chodzi po prostu o niewłaściwe postępowanie z uczniem. W swojej długiej karierze pedagogicznej nie spotkałem dziecka, które byłoby dyslektykiem odpowiadającym definicji dysleksji. Trafia do mnie bardzo dużo dzieci z orzeczeniami o dysleksji. Po ich zbadaniu okazuje się, że wcale na nią nie cierpią, a były po prostu źle zdiagnozowane. Ich szkolne trudności wynikały ze złego prowadzenia przez nauczycieli. Jeżeli na poziomie nauczania zintegrowanego nauczyciel zignoruje trudności dziecka, to w kolejnych latach będą się one nawarstwiały. Wówczas jest więcej niż pewne, że pojawią się pewne wtórne stany organizmu wywołane niepowodzeniami. Stają się one źródłem stresu, a wówczas w mózgu następuje zwarcie. Według kinezjologów jest to główna przyczyna kłopotów z nauką. Nadawanie im nazw takich jak "dysleksja" na ogół dodatkowo zwiększa jeszcze stres i pogarsza sytuację, utrudniając dziecku odblokowanie się.
        Przy okazji dysleksji mówi się też o zaburzeniach słuchu fonematycznego, nieprawidłowościach w analizie i syntezie głoskowej. A przecież zniwelowanie tych deficytów można osiągnąć, podejmując właściwe postępowania dydaktyczne i to jest właśnie zadanie dla dobrze przygotowanego nauczyciela! Dowodem na potwierdzenie mojej tezy, że dysleksja nie istnieje, są placówki, w których nauczyciele pracują dobrze. W przedszkolach, w których uczy się czytania i pisania w oparciu o glottodydaktykę, nie ma dzieci z niepowodzeniami. W całej Polsce prowadzę szkolenia dla nauczycieli. W rozmowach potwierdzają oni, że solidne przygotowanie do lekcji jest warunkiem skutecznie eliminującym zjawisko dysleksji wśród uczniów. Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy uczniowie są tacy sami, że w tym samym tempie przyswajają wiedzę i nabywają określone umiejętności. Do każdego dziecka należy dopasować odpowiednie narzędzia i metody pracy, by zindywidualizować proces nauczania. Jeżeli potrafimy to zrobić, to nawet uczniowie gorzej radzący sobie z pisaniem, będą w stanie pokonać trudności.

    Przy okazji trudności z pisaniem warto wspomnieć, iż Pan Profesor bardzo krytycznie odnosi się do obowiązujących obecnie reguł ortograficznych.
        - Nasza ortografia jest bardzo skomplikowana. Istniejące reguły ortograficzne to skandal - jak można je stosować w praktyce! Wiele lat temu opublikowałem książkę "Krytyczne spojrzenie na zasady polskiej ortografii", w której wytknąłem błędy zawarte w naszych regułach ortograficznych. Rażącym przykładem błędnie przedstawionej reguły ortograficznej jest zasada pisowni rz po spółgłoskach p, b, t, d, k, g, j, ch, w. Powinna ona brzmieć następująco: jeżeli w wyrazie występuje głoska sz lub ż po spółgłoskach p, b, t, d, k, g, j, ch, w to głoskę tę oznaczamy (zapisujemy) jako rz. Do reguły trzeba dodać wyjątki: pszczoła, pszenica, kształt, ale także: Mojżesz, obszar, odszukać, ryksza (riksza) i wiele innych, o których poloniści zapominają. Wyjątkami nie są natomiast wyrazy: wszyscy, pierwszy, zrobiwszy itp., które wymieniają różne ortograficzne pseudoporadniki. Wielka szkoda, że badania z zakresu pedolingwistyki pojawiają się jedynie na marginesie głównych zainteresowań. Potoczne, czasem wyrażane również przez osoby reprezentujące świat nauki poglądy na temat wiedzy potrzebnej, aby uczyć małe dzieci czytania i pisania, są przerażające. Wystarczy znać litery, a już można tego uczyć! Pedagogów bardzo trudno namówić do współpracy, do zapoznania się z wiedzą lingwistyczną. Skutkiem tej niechęci i braku wiedzy o trudnościach ortograficznych jest ogromna liczba błędów popełnianych przez uczniów. Nawet poradniki metodyczne zalecają nauczycielom nieuwzględnianie w analizie głoskowej wyrazów, w których występują rozbieżności między pisownią a wymową. To absurdalne zalecenie blokuje naukę ortografii. Jak uczniowie mają sobie uświadamiać trudności ortograficzne, skoro nauczyciel nie wspomina o nich na lekcji?

    A więc główną przyczyną niepowodzeń szkolnych występujących u uczniów jest brak elementarnej wiedzy językowej nauczycieli.
        - Dysleksja świadczy o niepowodzeniach nauczycieli, a wmawia się, że są to niepowodzenia uczniów. Nie dziwię się, że nauczyciele nie chcą się do tego przyznać. Bardzo trudno przyznać się do swojej porażki. Pewnym usprawiedliwieniem nauczycieli może być sposób ich przygotowania do zawodu, który trzeba koniecznie zmienić. Obecnie są oni kształceni tak, jakbyśmy chcieli, aby dzieci nie osiągały szkolnych sukcesów. Z punktu widzenia poradni i korepetytorów ta sytuacja jest jak najbardziej pożądana. Im więcej uczniów z orzeczeniami, tym więcej klientów i... pieniędzy. Świadczą o tym choćby naciski na nauczycieli, którzy mają odwagę mówić, że poradnie są niepotrzebne.
        Na jednym ze spotkań z pracownikami szkół i poradni w Nowym Tomyślu pani dyrektor poradni żartobliwie apelowała do mnie: "Niech pan tej glottodydaktyki nie upowszechnia, bo ja wcześniej miałam 150 pacjentów pod opieką, a teraz tylko 50". A dla mnie to dowód, że istnieją skuteczne metody radzenia sobie z tzw. specyficznymi trudnościami uczniów. Myślę, że nie ma obawy, że poradniom zabraknie pracy z racji upowszechnienia glottodydaktyki w szkole, bo przecież jest wiele innych obszarów twórczej pracy z dziećmi.

    Czym jest zatem glottodydaktyka i jakie Pana zdaniem powinno być jej miejsce w polskiej szkole?
        - Glottodydaktyka to takie przestawienie nauczania z głowy na nogi. To wiedza bardzo szokująca i trudna do przyjęcia przez nauczycieli stosujących tradycyjne metody nauczania czy specjalistów z poradni. Oni nie chcą wiedzieć, jak można pomóc każdemu dziecku, bo to oznaczałoby konieczność zmiany ich nawyków i stylu dotychczasowej pracy. Dlatego ją odrzucają bądź ignorują.
        Naturalnymi odruchami każdego dziecka jest ciekawość świata i chęć poznawania go. Jeżeli nauczyciel wie, jak uczyć, to dzieci błyskawicznie robią postępy. Niestety, szkoła te naturalne odruchy tłumi. Najpierw uczniowie poddawani są zabiegom ogłupiającym, zniechęcającym do uczenia się, a potem szuka się dla nich odpowiednich metod stymulacji. Można powiedzieć, że szkoła szkodzi uczniom, a na dodatek jest źródłem negatywnych emocji! I to właśnie chcemy zmienić. Dlatego na pierwszym miejscu stawiamy dobrą dydaktykę, a dopiero później mądrze i ostrożnie stosowaną stymulację, która nie prowadzi do zakłóceń w rozwoju dziecka. Od wielu lat głoszę pogląd, że główna przyczyna szkolnych niepowodzeń w nauce czytania i pisania tkwi w braku elementarnej wiedzy lingwistycznej, jaką powinni posiadać nauczyciele. Wystarczy kilkunastodniowy kurs, aby dać nauczycielom lingwistyczne podstawy potrzebne w uczeniu czytania i pisania.
        Nauczyciele posługują się dziś przestarzałymi rozwiązaniami metodycznymi i niewłaściwymi pomocami dydaktycznymi. Glottodydaktyka stanowi dla nich alternatywę. Jest to gruntowna wiedza z zakresu językowej edukacji dzieci wraz z opracowanymi przeze mnie metodami nauczania, których celem jest dobre przygotowanie do nauki czytania i pisania, uczenie właściwej techniki płynnego czytania ze zrozumieniem i pisania, kształtowanie nawyków czytelniczych i świadomości ortograficznej. Zastosowanie glottodydaktyki w nauczaniu zintegrowanym daje wspaniałe efekty nie tylko w nauce języka ojczystego. Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że od właściwego nauczania języka polskiego zależą również sukcesy w uczeniu matematyki.
        Glottodydaktyka sprzyja podnoszeniu efektywności pracy z uczniami. U dzieci eliminuje stres związany ze szkołą, a nauczycieli uczy indywidualnej pracy z uczniem. Nauczyciele na swoje niepowodzenia mają zazwyczaj gotową odpowiedź - brak czasu i przeładowane klasy. Jednak okazuje się, że indywidualizacja nauczania jest możliwa nawet w obecnych warunkach szkolnych. Od nauczycieli glottodydaktyków rodzice nie słyszą napomnień, że w domu powinni ślęczeć z dzieckiem nad lekcjami. Takiej potrzeby po prostu nie ma. Dzieci wszystko robią na lekcji. A nauczyciele zachęcają rodziców do wspólnego spędzania z dziećmi wolnego czasu na zabawie czy rozwijaniu pozaszkolnych zainteresowań. Dzieciństwo trwa tak krótko, że szkoła nie ma prawa go odbierać.

    Uważa Pan glottodydaktyków za nauczycieli XXI wieku. Rzeczywiście wymagania stawiane tym specjalistom są bardzo wysokie. Indywidualne podejście do ucznia, którego efektem jest wyeliminowanie trudności w nauce, oraz gruntowna i rozległa wiedza językowa mogą budzić podziw. Czy to znaczy, że właśnie takich nauczycieli nam potrzeba.
        - Glottodydaktyk to nauczyciel od wychowania językowego w przedszkolu i nauczaniu zintegrowanym. Jego wiedza i umiejętności powinny być na tyle rozległe, by mógł zająć się kształceniem nie tylko w zakresie języka ojczystego i co najmniej jednego języka obcego, ale również języka formalnego, którym posługują się m.in. matematyka czy informatyka. Wprowadzenie do przedszkoli i szkół glottodydaktyków obniżyłoby zapotrzebowanie na usługi logopedyczne co najmniej o 70 proc. Takie są wyniki badań przeprowadzonych w placówkach, w których pojawili się nauczyciele glottodydaktycy.
        W starszych klasach szkół podstawowych obok glottodydaktyków potrzebni są lingwiści zajmujący się wychowaniem językowym wydzielonym z języka polskiego. Ich zadaniem byłoby rozbudzanie zamiłowania do mowy ojczystej, przecież stosunek do języka w znacznej mierze wpływa na kształtowanie postaw patriotycznych Lekcje języka polskiego - a nie historii powinny być podstawowym źródłem kształtowania patriotyzmu. Zależy nam na ożywieniu języka ojczystego, żeby Polacy byli dumni z tego, że się nim posługują.

    Skoro glottodydaktyka jest tak efektywną metodą pracy z uczniami, to dlaczego jak na razie jest tak słabo rozpowszechniona w polskim systemie edukacyjnym?
        - Jest to metoda wymagająca od nauczyciela dużo pracy, przejęcia przez niego autentycznej odpowiedzialności za każdego ucznia, a tymczasem w naszych szkołach obserwujemy ciągłe przepychanie uczniów, zwłaszcza słabszych, z klasy do klasy, byle szybciej ich się pozbyć.
        Tam, gdzie jest życzliwość i otwartość na zmiany, glottodydaktyka ma się dobrze. W Warszawie wszystkie prywatne przedszkola stosują glottodydaktykę. W Bełchatowie czy Świebodzinie większość szkół też zatrudnia glottodydaktyków. Wiele innych szkół w Polsce jest zainteresowanych naszymi metodami pracy z uczniem. Nie ma żadnych przeszkód formalnych w upowszechnianiu glottodydaktyki. Nauczyciele nauczania zintegrowanego mają obowiązek nauczyć dzieci czytać i pisać, ale dla realizacji tego celu mogą wybrać dowolną metodę bądź opracować własny program autorski. Takie możliwości dają im przecież obecnie istniejące przepisy. Niestety, mimo tych możliwości nauczyciele w niewielkim stopniu z nich korzystają, bo nie są przygotowani do tworzenia własnych programów. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tych trudności i w ramach naszych studiów kształcimy tę jakże ważną umiejętność nauczycielską.

    Glottodydaktykę można studiować w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, ale prowadzone są również szkolenia w różnych częściach Polski, w zależności od zainteresowania nauczycieli.
        - Bardzo często zainteresowanie naszymi szkoleniami wykazują organy prowadzące szkoły, czyli gminy. To właśnie one ponoszą bowiem koszty związane z utrzymaniem palcówek oświatowych na swoim terenie. Dlatego są zainteresowane podnoszeniem jakości i efektywności nauczania. Obecnie lekcje w nauczaniu zintegrowanym wyglądają tak, że pani mówi dzieciom, żeby otworzyły książeczki na stronie - dajmy na to 29 - i po kolei wykonały znajdujące się tam ćwiczenia. Dzieci rysują więc szlaczki, uzupełniają rysunki, wstawiają literki, rozwiązują łamigłówki itp. Ale przecież to nie jest żadne nauczanie, to po prostu najzwyklejsze zabijanie czasu! Nauczyciele nie wyobrażają sobie pracy na lekcji bez książek. A przecież wystarczyłyby jedynie programy nauczania i określenie standardów wymagań dla uczniów kończących nauczanie zintegrowane. Cała reszta - metody pracy, pomoce dydaktyczne czy wreszcie kolejność przekazywania treści nauczania - powinna zależeć od inwencji twórczej nauczyciela. W przeciwnym razie nauczyciele stają się podobni od robotów, które można zaprogramować na mówienie "Dzień dobry" i "Do widzenia" oraz np. wydawanie poleceń otwarcia książek na stronie 29. Dla władz gminnych tańsze byłoby zatrudnienie robotów...
        Ministerstwo wprowadza edukację elementarną - mającą integrować edukację przedszkolną z nauczaniem zintegrowanym. Ma ona służyć wymianie informacji między nauczycielami i wychowawcami tych dwóch poziomów nauczania. A ja się pytam, czy nauczyciel uczący w starszych klasach szkoły podstawowej nie powinien wiedzieć, co dzieci robiły i jaką wiedzę wyniosły z wcześniejszego etapu edukacji? I odwrotnie - czy nauczyciele nauczania początkowego nie powinni wiedzieć, czego i jak będą się uczyli ich wychowankowie w starszych klasach? Tu uwidacznia się brak odpowiedzialności nauczycieli za swoich uczniów.
        Nauczyciele na początku szkoły podstawowej nie dokonują diagnozowania dzieci, a przecież to jest ich obowiązek! Trudno mówić o efektywności nauczania, skoro nauczyciel nie orientuje się, co każdy z jego nowych uczniów wie i potrafi oraz jaki poziom rozwoju intelektualnego osiągnął. Nic więc dziwnego, że uczniowie na lekcjach się nudzą, bo pani od podstaw uczy pisania, podczas gdy w klasie pierwszej większość uczniów już to potrafi. Moją wnuczkę teraz ogłupia szkoła, która każe jej po każdej spółgłosce dodawać y. Gdy pojawią się błędy w zapisie: rba (ryba), żcie (życie), dyno (dno), to wina za nie spadnie na dzieci, a zawiniła przecież szkoła.

    Miejmy nadzieję, że mimo obecnych trudności glottodydaktyka już wkrótce znajdzie właściwe sobie miejsce w polskim systemie edukacyjnym. Odpowiada ona bowiem oczekiwaniom rodziców i jest otwarta na potrzeby uczniów.
        - Niestety, ja nie mam złudzeń. Na zmiany przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, bo oświata nie uzdrowi się sama. Nauczyciele sami z siebie się nie zmienią, to wymagałoby od nich większego niż do tej pory wysiłku. Impuls musi przyjść z zewnątrz!

    Oby nastąpiło to więc jak najszybciej. Dziękuję za rozmowę.
        -




    Rozmawiała: Ewa Jurkiewicz
    Wywiad ukazał się w Gazecie Szkolnej, nr 42-43 /2006 (31.10.2006)
    Umieszczamy za zgodą Redakcji.



  • skocz do góry