wróć
  • do "artykuły" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Liliana Hackner

    List otwarty do dobrych ludzi w ZNP

    Reakcja po przeczytaniu artykułu „Dzieci w rękach ZNP” Grzegorza Wierzchołowskiego >>>


    Kochani!

    ZNP nie powinno stosować takich argumentów („zostać w tyle za Europą”), ponieważ w Szwecji, gdzie mieszkaliśmy przez wiele lat (mąż jest Szwedem), obowiązek szkolny zaczyna się od 7 roku życia, a

    tzw. zerówka jest dobrowolna.

    W Anglii, natomiast, istnieje obowiązek szkolny od 5 roku życia, ale tutaj nie państwo, a rodzice są odpowiedzialni za edukację dziecka i mogą, jak większość robi, delegować ten obowiązek na szkołę, ale mogą też, i robi to chyba ok. 170 000 Anglików, (a liczba ta stale rośnie) uczyć dziecko w domu, bez stałych egzaminów, w niektórych przypadkach pod pewną kontrolą (zależy to od regionu i od tego, czy dziecko wcześniej uczęszczało do szkoły). Do zdawania egzaminów

    dziecko ma prawo, ale nie obowiązek

    i jest wiele różnych wariantów, które rodziny wybierają. Niektóre dzieci zdają dopiero tzw. GSCE w wieku lat 16, a niektóre wówczas zostają poddane tylko sprawdzianowi w zakresie literacy and numeracy (czyli ogólnie rzecz ujmując pisania, czytania i liczenia) przez College, w którym chcą przygotowywać się do egzaminów A-levels (zdaje się je w wieku około 18 lat, a do wyboru jest bardzo wiele przedmiotów). Tak wiec stworzenie przymusu pójścia dziecka do szkoły w wieku lat pięciu jest

    zupełnie zbędne.

    Różne badania wykazują, że Brytyjczycy, którzy maja ten obowiązek, wcale nie maja przewagi w wieku dorosłym nad innymi narodami, gdzie ten obowiązek jest od lat 7. Wręcz przeciwnie. Dodajmy do tego, że np. z punktu widzenia szkół waldorfskich, (steinerowskich), zresztą nie tylko, ale to jest może bardziej w Europie znane, cykle rozwojowe są 7-letnie, a zatem jest bardzo niewskazane, by dziecko w wieku 5 lat trafiło do szkoły ze starszymi dziećmi, zamiast pozwolić mu na dopełnienie tego 7-letniego okresu w środowisku pełnym zabawy...

    Z innych źródeł jest mi wiadome, że dzieci, nawet te starsze, również powinny mieć dni wypełnione zabawą, a to, czego potrzebują się nauczyć, uczą się również właśnie podczas zabawy. Nasza trójka dzieci - w wieku 11, 9 i 7 lat - bardzo rzadko ma dzień wypełniony typowymi lekcjami, wszystkie uwielbiają czytać i

    nauczyły się tego jakby mimochodem,

    robią różne programy edukacyjne w jednym z języków, które znają (szwedzki, polski, angielski), w trakcie zabaw piszą różne rzeczy, zgodnie z potrzebą, czasem robią jakieś książeczki „szkolne” (to już zwykle mniej chętnie), czy bawimy się w jakieś gry (nawet z tabliczką mnożenia, czy ułamkami), zajmują się sportem, wedle własnego wyboru (w tej chwili jazda konna, jazda figurowa na łyżwach, tenis, rolki, pływanie; zimą jeszcze narty zjazdowe i biegowe, gdy jedziemy do Szwecji). Poza tym po prostu się bawią, konstruują..., radosny śmiech słychać bardzo często... Najstarszego, w wieku 7 lat,

    zaproszono na zapis do szkoły,

    poszliśmy i na spotkanie wziął książki w 3. językach, poproszono go o czytanie po szwedzku, wiec przeczytał kolejny rozdział z książki, którą właśnie czytał w domu. Dyrektor szkoły zapytała, czy chciałby zobaczyć, jak jest w szkole. Zgodził się i przez kilka dni chodzi do kl. 1-szej, do której go chciano zapisać. To, co działo się w szkole nudziło go, po kilku dniach zachorował na zapalenie ucha (po raz pierwszy w życiu) i został w domu, a gdy zapytałam go później, czego chce - odpowiedział:

    „Chcieli, bym zobaczył jak jest w szkole.

    Teraz już zobaczyłem i chcę być w domu”. Dalej kontynuował z powodzeniem swój rozwój w domu, z tą różnicą, że zauważyłam, że gdy próbowaliśmy nadać strukturę dniowi, tracił swą spontaniczność i jego twórczość (np. w postaci pisania bajek, opowieści fantastycznych...) znacznie się zmniejszyła... Oprócz posługiwania się 3. językami podstawowymi, czytamy czasem lub oglądamy filmy, słuchamy muzyki, czy robimy programy komputerowe w języku niemieckim lub francuskim. Jest to też

    zupełnie dowolne, bez specjalnej struktury,

    po prostu metoda "zanurzania" je w języku...

    Po roku przeprowadziliśmy się do południowej Anglii i przez ostatnie 3 lata mieszkamy tutaj i dzieci się codziennie przede wszystkim bawią, rysują, tworzą, poza tym robią różne projekty, zależnie od zbliżających się Świąt, czy innych okazji (jak choćby teraz - przygotowywanie do Łucji 13 grudnia - szwedzki zwyczaj: śpiewanie piosenek, kolęd, pieczenie ciasteczek, pierników czy szafranowych bułek...). Lubią też swoje poranki z Pony (w tym lekcje jazdy konnej), a niedawno z radością rozpoczęły lekcje jazdy figurowej na lodzie (z trenerką). Jeździmy na rowerach, rolkach, a zimą na nartach..., czy po prostu chodzimy na spacer nad morze, na plac zabaw lub „nic nie robimy”. Z najstarszym synem gramy też dosyć dużo w tenisa (jeśli nie mamy tu akurat sztormów), a i młodsze też trochę się tym bawią. Kochają zwierzęta, karmią ptaki, czytają mnóstwo o różnych zwierzętach... Rzadko oglądamy jakiś program w telewizji - zazwyczaj nie ma tam nic nas interesującego, a mamy tak wiele innych rzeczy do robienia. Przy nich widzimy, jakie dzieciństwo może być szczęśliwe. Tak naprawdę nie mamy gdzie pędzić i się spieszyć, bo

    dzieciństwo jest tylko jedno,

    a życie dorosłe później długie... Jeśli nie nauczysz się bawić jako dziecko (a w przedszkolach ta zabawa jest często przerywana!), to po prostu jesteś bardzo, bardzo biedny, jako dorosły... Można to „naprawiać” na różnych terapiach, ale wymaga to czasu, pieniędzy... Dzieci są naszymi wielkimi Przyjaciółmi i jesteśmy bardzo wdzięczni za możliwość bycia z nimi i odkrywania świata. Tyle różnych mądrych uwag, które przez te lata usłyszeliśmy na różne tematy, nie znalazłam w żadnych mądrych książkach... Ponieważ szkoła do tej pory nie wykazuje żadnej tendencji do bycia holistyczną - ukierunkowaną na szczęśliwe dzieci, w pełni radości poznające świat, a

    skupia się głównie na osiągnięciach tzw. akademickich,

    pozostawiając mnóstwo dzieci, które nie odkryły swoich talentów, a straciły wiarę w siebie, naturalnie pojawiają się i muszą pojawiać się alternatywy, które są zdrowsze. Patrząc wstecz (akurat wychowałam się w Polsce i chodziłam do tzw. dobrych szkół, osiągając bardzo dobre wyniki w nauce), myślę ile rzeczy, które wtłaczaliśmy sobie do głów, dało nam cos trwałego, co pomaga nam w życiu, a ile tylko przeleciało. Ile tych lat spędzonych w ławce szkolnej naprawdę uczyniło nas szczęśliwszymi, w kontakcie ze sobą samym, z innymi... Wreszcie, ilu z nas szkoła nauczyła żyć, nauczyła naprawdę potrzebnych w życiu umiejętności? W każdym razie, nie mnie. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że

    szkoła zabija serce dziecka...

    i nie służy mu, by odkryło to, co kocha robić w życiu, co powinno być jego głównym zadaniem... Smutne, ale, powiedzmy sobie prawdę, jest to, niestety, prawdziwe. Czasami prowadząc kursy różnego rodzaju (można je nazwać kursami przebudzenia) także w Polsce, stykam się z nauczycielami - i gdy im to mówię przyznają mi rację. Potrzebujemy, jako społeczeństwo, obudzić się z głębokiego snu... do tego, kim naprawdę jesteśmy, jako jednostki... Ludźmi przebudzonymi nie da się rządzić i wciskać ich w jeszcze większe więzienie. To właśnie dzieci mają mieć teraz szczęśliwe dzieciństwo, być prowadzone z miłością przez przebudzonych dorosłych, przyjaciół, w swoim otoczeniu z radością poznawać świat, uczyć się tego, co im potrzebne do bycia w pełni Człowiekiem, do wykorzystywania swego potencjału... Patrząc na świat i na to, co wspólnie, globalnie tworzymy (świadomie lub nie), nie jest to zbyt inspirujące... Potrzeba najpierw szczęśliwych ludzi, by tworzyli szczęśliwy świat -

    tego nie osiągniemy obniżając wiek pójścia dzieci do szkoły,

    do jakiejś instytucji...

    Moja Mama była również nauczycielem i pedagogiem (głównie w szkolnictwie specjalnym, skończyła m.in. psychologię i pedagogikę kliniczną na UMCS-ie w Lublinie), zrobiła mnóstwo dobrych rzeczy dla dzieci i młodzieży... W późniejszych latach również jeździła do szkół z prelekcjami dla dzieci, młodzieży, nauczycieli, gdzie uczyła, pomagała ludziom żyć bardziej świadomie, zdrowo, szczęśliwie... Wiem dobrze, że gdyby żyła jeszcze, na pewno by na 100 lub 200% wsparła nauczanie w domu, jakie w tej chwili prowadzimy (zresztą czuję Jej wsparcie...).

    Dostałam tego mejla z artykułem „Dzieci w rękach ZNP” przed chwilą i jakoś tak sama się ta odpowiedź napisała... Cieszę się, że edukacja domowa już w Polsce istnieje, chociaż muszę przyznać, że cenię wolność, jaką mamy tu, gdzie mieszkamy i możliwość tworzenia każdego dnia tak, jak chcemy...

    Serdecznie pozdrawiamy wszystkich uczących w domu i życzymy Wam byście zawsze szli za głosem serca i byście spotykali wspierających ludzi (również w ZNP, szkołach itp.), którzy mają naprawdę Dobro Dziecka na celu...




    Liliana Hackner



  • skocz do góry