wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Matthew Dueholm
    Tłumaczenie: Natalia Dueholm

    „Uczyłam matematyki i ortografii w samochodzie”

    - wywiad z dr Carol B. Low, psychologiem


    dr Carol B. Low - psycholog kliniczny; edukowała swoje dzieci w sumie przez 14 lat (potem jej dzieci kontynuowały naukę w szkołach), a także pomagała edukować inne. Napisała kilka artykułów na temat edukacji domowej, rozdział książkowy i wystąpiła w programie radiowym poświęconym edukacji.



    Proszę opowiedzieć o tym, jak zaczęła Pani edukować domowo?
        Częściowo przez okoliczności, częściowo był to mój świadomy wybór. Mieszkaliśmy wtedy w Pensylwanii, a tam nie ma wiele dobrych prywatnych szkół z powodu ogromnych regulacji. Interesowałam się szkołami publicznymi i byłam pewna, że nie chcę w nich moich dzieci. Kiedy urodziła się moja córka, zamknięto niestety szkołę Montessori. Potem przeprowadzaliśmy się ze stanu do stanu, najpierw do Wisconsin, potem do Illinois, a tam rok szkolny zaczyna się w różnych porach roku i to powodowało, że dość trudno było te szkoły zmieniać. Wtedy zapytałam córkę czy chciałaby być nauczana domowo i ona chciała. Syn mniej, nie był za bardzo zaangażowany w grupy edukujące domowo. Tam też natrafiliśmy na radykalne grupy chrześcijańskie nauczające domowo, co stanowiło pewien problem dla obu stron. Moja rodzina nie jest chrześcijańska.

    Zabawa z liśćmiMam wrażenie, że ludzie, którzy edukują domowo z powodów religijnych są lepiej zorganizowani, prawda?
        W każdym stanie, w którym byłam tak właśnie było. W Chicago są jednak takie niereligijne grupy edukujących domowo, takie mniej zorganizowane.

    Czy to znaczy, że religia była dla tych ludzi ważniejsza niż wykształcenie?
        Nie, nie chodzi o to. Chciałam powiedzieć, że byli dużo bardziej zdyscyplinowani niż ja. Religia miała jednak taki wpływ, że pewna grupa zdecydowała, że nie mogę uczyć ortografii, gdyż nie jestem chrześcijanką. Kiedyś uczyłam porównania dwóch książek: „Władca much” i „Dziewczyna, która posiadała miasto” (Girl who owned the city), taka libertariańska książka O. T. Nelsona i pewna uczennica szukała w tych książkach odwołań do Jezusa. Powiedziałam jej, że nie ma tam żadnych chrześcijańskich symboli.

    A co było dla Pani złego w szkołach publicznych?
        Wszystko było nie tak. Uważam, że junior high school (szkoła od klas 6 do 8) to jedno z najgorszych miejsc dla dzieci, strasznie destruktywne. Dzieci rywalizują tam ze sobą na niezdrowym poziomie, zachowują się sztucznie i fałszywie. Uważam, że dzieci w tym wieku, które uczą się, kim są nie powinny być razem w jednym miejscu. Nauczyciele nie wiedzą jak sobie radzić z tymi problemami, i generalnie grupują ich w zespoły. A przecież oni i tak już niesamowicie rywalizują ze sobą i gryzą się nawzajem.
        W latach 50-tych w Chicago szkoły publiczne były jednak inne niż dziś, były znakomite. Nie było żadnego ostracyzmu z powodu tego, że byłam inteligentnym dzieckiem. Ale jak poszłam do trzeciej i czwartej klasy wszystko się zmieniło- po prostu karano mnie za to, że byłam lepsza. Później nie czułam się już dobrze w żadnej szkole, do czasu studiów magisterskich. Podczas studiów licencjackich na Uniwersytecie Chicago uważano mnie za prawicowego oszołoma.

    Czy Uniwersytet Chicago nie jest konserwatywną szkołą?
        Tak, ale tylko na wydziale biznesu i ekonomii, reszta to czerwone wydziały, no może różowe. Kiedy przyjeżdża tam libertarianin - Milton Friedman na wykłady, sala po prostu buczy żeby go zagłuszyć, i żeby zszedł z mównicy.

    Wracając do edukacji domowej. Jak wygląda taki typowy dzień w szkole domowej?
        W moim przypadku nie było typowego dnia, bo jestem bardzo niezdyscyplinowana. Na przykład, kiedy robiłam swoje magisterium, jeździłam z dziećmi w samochodzie i robiłam konkursy ortograficzne- tam uczyłam ich ortografii, w samochodzie po prostu. Albo robiliśmy sobie różne wycieczki po okolicy, na przykład do grot mamutów w Kentucky. Dzieci lubiły grać w piłkę nożną, grać w zespole, czy chodzić na balet, więc miały też takie rzeczy do roboty razem z dziećmi ze szkół.

    Czy tę swoją pracę z własnymi dziećmi nazwałaby Pani „odszkolnianiem”?
        Tak, zdecydowanie tak.

    Czy jest Pani zadowolona z wyników swoich dzieci?
        Z akademickiego punktu widzenia tak. Na przykład moja córka Gwen w szkole mogła przejść do klas z lepszymi uczniami. I wspaniale jest też to, że dzieci po edukacji domowej nie boją się żadnych stresów związanych z testami (klasówkami), w przeciwieństwie do dzieci szkolnych.

    Czy widziała Pani podobne rezultaty u innych dzieci edukowanych domowo?
        Tak.

    A co z socjalizacją?
        Myślałam, że nie będzie żadnych problemów, ale córka nie była przyzwyczajona do siedzenia w klasie, przechodzenia z klasy do klasy.

    Mówi Pan jednak bardziej o szkolnej strukturze...
        Tak, tak było w przypadku mojej córki. Mój syn zaś nie jest po prostu społecznie intuicyjny. I tak jak powiedziałam, on wcale nie chciał być edukowany domowo, on chciał po prostu iść do szkoły.

    Czy inne osoby uczyły Pani dzieci?
    Nie, generalnie było tak, że ja uczyłam też inne: literatury, angielskiego i ortografii. Nikt nie uczył moich dzieci, bo osoby, z którymi się spotkałam były po prostu strasznie religijne. Ale w pewnym sensie oczywiście inne osoby też ich czegoś uczyły, na przykład podczas wycieczek, na przykład, kiedy zwiedzaliśmy XVIII-wieczne gospodarstwo. Lubię uczenie przez robienie czegoś konkretnego, uczenie w sposób praktyczny.

    Czy uważa Pani, że edukowanie domowe było dobrym rozwiązaniem w przypadku Pani dzieci?
        Jeśli chodzi o zdobytą wiedzę tak- na pewno to był dobry wybór. Jeśli chodzi o aspekt społeczny- tak jak wspominałam, z synem był pewien problem, ale nie z córką. Mój syn, Brandon nigdy nie był i nie jest społecznie intuicyjny, tj. nie zawsze potrafi zachować się właściwie wśród innych. Na przykład potrzebował, aby czasem inne dziecko go uderzyło, chciał być częścią brutalnego świata dzieci. Chciał się do nich po prostu upodobnić. Był uważany za tzw. kujona, i teraz jest nim nadal, tylko nikt już go tak nie nazywa, bo upodobnił się do tzw. nie-kujonów. Mój syn, teraz, kiedy studiuje psychologię, już wie, jak rozmawiać z dziewczynami, aby nie być uznanym za głupka.

    Czy uważa Pani, że każdy rodzic może edukować własne dziecko domowo?
        Absolutnie tak. Ludzie zawsze mi mówili, że nie jestem nauczycielką, więc nie mogę uczyć własnych dzieci. Jednak w amerykańskich szkołach do pewnego momentu nic się tak naprawdę nie dzieje. Praktycznie jest tak do liceum. To, czego dziecko tam się uczy to: w jednej klasie dodawania 1 + 1, w drugiej 11 + 11, a potem 111 + 111 itd. W szkole Montessori to wszystko dziecko poznaje w trakcie jednego roku. Właściwie w szkołach dziecko uczy się elementarnych umiejętności uczenia, czytania i elementarnej matematyki.

    To jak właściwie Pani uczyła swoje dzieci?
        Jak już wspominałam, lubię praktyczne uczenie. Matematyki uczyłam też w samochodzie przy pomocy licznika przebiegu kilometrów. Kiedy Brandon miał 9 lat liczył sobie w głowie ile mili (czy kilometrów) można przejechać na iluś tam galonach (czy litrach) paliwa. Potrafił wyliczyć to w głowie i podać dokładnie wynik z resztą. W szkole miał problem, bo musiał pokazać, jak to obliczył, a on robił to wszystko w myślach.

    Czy Pani dzieci są niezwykle uzdolnione?
        Nie, są powyżej przeciętnej, ale nie są nienormalnie inteligentne.

    Czy rozważała Pani naukę własnych dzieci na poziomie szkoły średniej?
        Nie, bo wtedy naprawdę potrzebujesz struktury, podręcznika. A ja nie mam samodyscypliny. Moja własna dyscyplina pozwoliła mi na uczenie głównie angielskiego, dlatego, że nie mogłam znaleźć do tego innej osoby, która nie byłaby chrześcijanką.

    Bardzo dziękuję za rozmowę.



    Rozmawiał Matthew Dueholm.
    Tłumaczenie: Natalia Dueholm

    Foto: z archiwum Państwa Dueholm.

    Wywiad ukazał się w Gazecie Szkolnej 10 marca 2004 r.



  • skocz do góry