wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    „(...) Pierwszym i najważniejszym środowiskiem społecznym dla dziecka jest rodzina”

    - rozmowa z psychologiem Krystyną Łuczak o edukacji domowej, socjalizacji i obniżaniu wieku obowiązku szkolnego.



    Czy była Pani uczona w domu? Czy chodziła Pani do przedszkola? Ma Pani dobre wspomnienia ze szkoły?
        - Ja, mój mąż, moje siostry i wszystkie dzieci z mojej ulicy a także z mojej klasy nie chodziły do przedszkola, bo go po prostu nie było. Rodziny były liczne i wielopokoleniowe, dlatego dziećmi zawsze ktoś z rodziny mógł się zająć. Przedszkola w czasach socjalizmu w Polsce stały się koniecznością z powodu tzw. transformacji społecznej. Kobiety do pracy - to upadek rodziny pokoleniowej.
        Moje wspomnienia ze szkoły podstawowej... Pamiętam do dziś mój pierwszy dzień w szkole. Czułam się bardzo zagubiona, niepewna, pełna obaw wśród masy dzieci, których nie znałam. Na swojej ulicy miałam liczne grono rówieśników, z którymi spędzałam wiele czasu na wspólnych zabawach - byli to wszyscy „swoi”. Myślę, że pewnie uciekłabym do domu gdyby nie oparcie dorosłych, którzy mi towarzyszyli w tym dniu. Sporo czasu musiało upłynąć zanim całkowicie przystosowałam się do nowej sytuacji.

    Gdzie i kiedy spotkała się Pani ze zjawiskiem edukacji domowej?
        - Z tzw. edukacją domową spotkałam się bezpośrednio na przykładzie mego wnuka, który już 5 lat mieszka na stałe w USA i korzysta z tej formy nauczania. Muszę przyznać, że jestem zbudowana jego poziomem wiedzy, bogactwem słownictwa polskiego (jest dzieckiem dwujęzycznym), jak również poziomem jego rozwoju emocjonalnego i społecznego.

    Czy zna Pani jakiś ludzi, może sławnych, którzy byli uczeni w domu?
        - Nie, nie znam ich osobiście, ale wiem, że wielu sławnych ludzi było edukowanych w domu (Edison, Faraday, córka Marii Skłodowskiej-Curie). W przedwojennej Polsce system edukacji domowej był powszechny zwłaszcza wśród zamożnych rodziców. To oni zatrudniali dla swoich dzieci guwernantki, pod okiem których były one wychowywane i kształcone w domu. Opisy tego zjawiska znajdujemy często w literaturze, np. „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. W tych czasach dostęp do nauki zależał od statusu materialnego rodziców, trzeba to przyznać, ale obecnie w dobie internetu nie ma potrzeby utrzymywania sytuacji skrajnie odwrotnej - teraz rodzice, jeśli tylko chcą i mogą, powinni mieć możliwość wybrania domu zamiast szkoły za miejsce pobierania nauki dla swoich dzieci.

    Przejdźmy może teraz do różnych opinii ekspertów nt. edukacji domowej. Psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska powiedziała w artykule o edukacji domowej opublikowanym w Newsweeku:
    Dziecko powinno chodzić do szkoły. I wcale nie chodzi o naukę, ale sytuacje społeczne, które trzeba koniecznie przeżyć. Konflikty i stresy też są potrzebne w życiu dziecka. Inaczej nie nauczy się rozwiązywać problemów w dorosłym życiu. Rodzic jest po to, aby stać obok, wspierać, trzymać za rękę. Nie powinien być jednocześnie nauczycielem, bo nie taka jest jego rola. Wszystkie kółka zainteresowań nie zastąpią dziecku szkoły. Tu codziennie może mieć poczucie sukcesu, kiedy pochwali pani go przy całej klasie, podczas lekcji w domu tego tak się nie odczuwa. Nawet, kiedy odwiedza kolegów, to znowu jest sytuacja domowa. A prawdziwe życie jest w szkole na przerwie, tu są sympatie, antypatie, a dziecko musi nauczyć radzić sobie z tymi, których lubi, i których nie znosi. Czy może Pani skomentować tę wypowiedź?

        - Wypowiedź pani Małgorzaty Liszyk-Kozłowskiej mnie, jako psychologa, który 20 lat przepracował w Poradni Wychowawczo-Zawodowej (obecnie Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna), bardzo zdumiała. Szkoła przecież nie jest i nie powinna pretendować do tego, aby być jedynym środowiskiem sytuacji społecznych, które koniecznie trzeba przeżyć. Okazja dla dziecka, że będzie miał możliwość przeżywania stresów w szkole i będzie uczył się rozwiązywać konflikty z rówieśnikami nie jest dla niego ani zachętą ani też żadną pociechą - nauka i stres („dwa w jednym”) to nie jest atut szkoły, okoliczność ta nie podnosi poziomu ani nie wpływa też na jakość kształcenia. Środowisko społeczne dziecka to przecież przede wszystkim rodzina i rówieśnicy, niekoniecznie przypadkowi dobrani. To rodzice są głównie odpowiedzialni za prawidłowy rozwój społeczno-emocjonalny dziecka - jest to ich prawo i obowiązek - dlatego powinni mieć możliwość wywiązywania się z tego najdłużej jak tylko jest to możliwe. Wątpię, aby w klasie, gdzie pod opieką nauczyciela pozostaje przeciętnie około 25 uczniów, był on w stanie prawidłowo realizować „socjalizację” powierzonych mu dzieci.

    Oto wypowiedź Marka Budajczaka z Zakładu Socjologii Edukacji na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, który sam wyuczył dwójkę swoich dzieci. Proszę o komentarz:
    Konstatacja, że dziecko powinno chodzić do szkoły, żeby nauczyć się, jak radzić sobie z konfliktami i stresami, będzie zasadna dopiero wtedy, jeśli za całkowicie niezsocjalizowane lub chociażby kiepsko (a jak to zmierzyć?)  zsocjalizowane uzna się osoby nigdy nie uczęszczające do szkoły. Dziś takich ludzi z powodu przymusu szkolnego jest bardzo mało, ale wystarczy cofnąć się odrobinę w czasie. Jak radzili sobie z trudnościami w relacjach interpersonalnych prawie wszyscy członkowie społeczeństw, którzy przez tysiące lat (właściwie do lat po II wojnie światowej) nie znali takiej instytucji jak szkoła, a co ważniejsze, nie doświadczyli zbawiennych skutków „przerwy międzylekcyjnej”. Gdyby „zwykła” socjalizacja nie wystarczała w tym względzie, pewnie by nas na tym świecie w ogóle nie było!

        - Wypowiedź pana Marka Budajczaka dobitnie uwidacznia, z jakimi uproszczeniami i powierzchownościami w traktowaniu problemu socjalizacji dziecka mamy do czynienia w powszechnym obiegu. Gdyby przyjąć, że prawdziwe jest twierdzenie o decydującej roli szkoły a także jeszcze wcześniej przedszkola w prawidłowym kształtowaniu rozwoju społecznego dziecka, to ze zjawiskiem niedostosowania społecznego, zaburzeniami osobowości u dzieci mielibyśmy do czynienia tylko, bądź przede wszystkim, u dzieci, które były pozbawione „zbawiennego” wpływu edukacji realizowanej w szkole. Przecież wnikliwa analiza sytuacji dzieci „z problemami” pokazuje, że przyczyną ich kłopotów nie jest to, że nie chodziły do szkoły, ale to, że dorastały w rodzinach patologicznych lub z deficytem wychowawczym, co mogło wpływać na ich absencję w szkole.

    Pedagodzy są zgodni - dzieci powinny od jak najmłodszych lat wychowywać się w grupie. Wyrównywanie szans w edukacji należy zacząć jak najwcześniej, najlepiej właśnie w przedszkolu - mówi dr Krystyna Kamińska, pedagog z Uniwersytetu Łódzkiego. - Nie przekonują mnie argumenty tych, którzy twierdzą, że małym dzieciom najlepiej przy rodzinie. Nawet te dzieci, którym rodzice są w stanie zagwarantować dobre warunki rozwoju, potrzebują kontaktów z rówieśnikami.
    Czy może Pani skomentować tę opinię?

        - Przytoczone poglądy są poglądami „pedagogicznymi” i w moim przekonaniu bardzo upraszczają sprawę i nadmiernie uogólniają problem. Nie zgadzam się z tą opinią i poddałabym ją krytyce. Prawdą jest, że dzieci do normalnego rozwoju potrzebują kontaktów z rówieśnikami, ale owe kontakty można przecież realizować niekoniecznie w przedszkolu. Dzieci przecież mogą się ze sobą spotykać i przebywać w swoim gronie także w domu, chodzić na kółka zainteresowań, wycieczki, zbiórki harcerskie czy zajęcia sportowe lub bawić się po prostu na podwórku.

    Jednak jest różnica między zerówką w szkole, a w przedszkolu. Sześcioletnie dziecko, które chodzi do szkoły, bardzo długo siedzi w ławce, a tak nie powinno być. Poza tym sześciolatek obowiązkowe zajęcia w szkole ma przez 4 godziny. Resztę dnia - do powrotu rodziców z pracy - spędza często w świetlicy. To jest za długi pobyt dziecka w szkole, dla sześciolatka to jest bardzo trudne. Obniżenie wieku szkolnego jeszcze o rok - to zdaniem niektórych pedagogów karkołomny pomysł. Przystosowanie szkół do potrzeb pięciolatków byłoby też bardzo kosztowne.
    Proszę o komentarz do tej wypowiedzi.

        - Zgadzam się z tezami zawartymi w tym fragmencie. Jestem przeciwna obniżaniu wieku szkolnego dla dzieci. Myślę, że z punktu widzenia rozwoju dziecka jest to niekorzystne. Po co zresztą od razu wprowadzać obowiązek dla wszystkich pięciolatków. Jeśli dziecko jest odpowiednio rozwinięte pod względem społecznym i intelektualnym - jest przygotowane do wypełniania obowiązków szkolnych, i rodzicom na tym zależy, może być przecież wcześniej przyjęte do szkoły. Gdyby prośby o wcześniejsze przyjęcie do szkoły były masowe, byłby to dowód na potrzebę zmiany przepisów, a tak chyba nie jest.

    Co to właściwie jest ta socjalizacja? Czy dzieci szkolne są zsocjalizowane, dobrze, właściwie? Czy szkolne środowisko jest dobrym miejscem do tzw. socjalizacji?
        - Socjalizacja jest procesem kształtowania osobowości człowieka poprzez nabywanie przez niego umiejętności niezbędnych w dorosłym życiu w zakresie wartości, norm współżycia społecznego i wzorców kulturowych. W procesie socjalizacji zasadniczą rolę odgrywa środowisko społeczne - jest nim także środowisko szkolne. Dobra szkoła jest dobrym miejscem do socjalizacji uczniów, ale wiemy z jak wieloma problemami boryka sie polskie szkolnictwo. Szkoły i klasy są „przeładowane” a i nauczycielom nie zawsze starcza umiejętności wychowawczych, aby mogli podołać tym oczekiwaniom, że szkoła zastąpi dom i przejmie od rodziców ich obowiązek za prawidłowe kształtowanie postaw życiowych swoich dzieci. Myślę, że pierwszym i najważniejszym środowiskiem społecznym dla dziecka jest rodzina, w której dziecko powinno znaleźć wzorce zachowań społecznych. Także, co może jest jeszcze ważniejsze, środowisko rodzinne stanowi podstawę do kształtowania prawidłowego rozwoju emocjonalnego oraz zaspokajania jego potrzeb psychicznych.

    W przypadku dziecka edukowanego w domu - ile czasu potrzebuje psycholog, żeby sprawdzić, czy dziecko się uczy, jest zsocjalizowane?
        - Oczywiście można określić stopień uspołecznienia dziecka oraz poziom jego wiedzy. Są na to odpowiednie testy oraz metody obserwacji dziecka. Określenie czasu, jaki jest do tego potrzebny, nie jest jednoznacznie możliwe. Zależy to od indywidualnych cech dziecka a także od doświadczenia zawodowego psychologa.

    Dziękuję za rozmowę.




    Rozmawiała: Natalia Dueholm



  • skocz do góry