wróć
  • do "wywiady" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • B. Chojnacka

    Nauczanie w domu - 2. Rozmowa z Mateuszem Matyszkowiczem

    Redakcja: Rozmawiamy dzisiaj o nauczaniu w domu. Naszym rozmówcą jest pan Mateusz Matyszkowicz, publicysta „Teologii Politycznej”. Co jeszcze chciałby pan o sobie powiedzieć?

    Mateusz Matyszkowicz: Jestem filozofem, publicystą i jak to się mówi nieładnie: edukatorem domowym. Razem z żoną nie posłaliśmy dzieci do szkoły, ale uczymy je w domu.

    Redakcja: Ile dzieci uczy się w domu?

    Mateusz Matyszkowicz: Dwójka. Kolejne dwoje czeka na osiągniecie tzw. wieku szkolnego.

    Redakcja: Proszę nam powiedzieć, dlaczego nauczanie domowe?

    Mateusz Matyszkowicz: Wydało się nam to naturalne. Nie była to ani chęć zabrania dzieci ze szkoły, ani jakiś wybór ideologiczny. Stwierdziliśmy, że w końcu wychowujemy własne dzieci, jesteśmy za nie odpowiedzialni, więc było dla nas naturalne, że częścią powołania rodzica jest bycie nauczycielem.

    Redakcja: Czy trzeba do tego mieć powołanie pedagogiczne?

    Mateusz Matyszkowicz: Trzeba mieć powołanie rodzicielskie. Nie wiem, czy to jest powołanie pedagogiczne… Być może ono stanowi jakąś część powołania do bycia rodzicem.

    Redakcja: Kiedyś się mówiło, że żeby być nauczycielem trzeba mieć powołanie. Zresztą tak mi pani Ciołkoszowa mówiła, którą miałam zaszczyt poznać. Ona ciągle operowała tymi przedwojennymi terminami. I wspominała seminarium nauczycielskie i jak ono funkcjonowało, i jak przygotowywano nauczycieli. I mówiła nam jeśli ktoś nie miał powołania, to po prostu nie zdawał egzaminów końcowych i nie uczył.

    Mateusz Matyszkowicz: Bo bycie nauczycielem zawodowym, bycie nauczycielem w szkole, oznacza, że powinno się posiadać dwie rzeczy: pewien zestaw umiejętności ukształtowanych na studiach i właśnie to, co się słusznie nazywa powołaniem, a co jest coraz częściej spychane na bok. Natomiast u rodzica to powinno być w pakiecie nazywanym rodzicielstwem. W momencie, w którym w kościele katolickim ludzie sobie ślubują miłość i wierność, to także zobowiązują się do tego, że będą wychowywać własne dzieci. I decydując się na powołanie do życia w małżeństwie i w rodzinie, decydowali się też na powołanie nauczycielskie. To jest nierozerwalne.

    Redakcja: Takim argumentem przeciwko nauczaniu w domu jest ten który mówi, że nie ma socjalizacji.

    Mateusz Matyszkowicz: Ja czasem tak mam ochotę pytać się rodziców, którzy posyłają dzieci do szkoły, a co z socjalizacją waszych dzieci? To jest oczywiście trochę żart. Ja rozumiem obawy osób, które nie zetknęły się z edukacją domową – jak to jest, że dziecko poza szkołą może być socjalizowane. Wynika to z tego że obecnie 99 procent dzieci jest socjalizowanych w szkole, więc wszystkim się wydaje, że to jest naturalne i że jedynie szkoła socjalizuje. A to nieprawda. Szkoła, owszem, socjalizuje, ale dom socjalizuje jeszcze lepiej. Socjalizacja jest przecież przygotowaniem do wypełniania rozmaitych ról społecznych, ma wykształcić pewne umiejętności życia społecznego. I teraz jest pytanie, czy grupa rówieśnicza jest rzeczywiście najlepszym miejscem do kształcenia tych umiejętności? Jeżeli ta grupa, w której dziecko się wychowuje i socjalizuje, powinna być zbliżona do społeczeństwa, to zrozumiemy, że klasa nie jest najlepszym do tego miejscem.

    Po pierwsze, nigdy już – poza szkołą – nie spotkamy się z grupą rówieśniczą. Chyba, że powróci powszechny pobór do wojska. Społeczeństwo w żaden sposób nie przypomina szkolnej klasy.

    Po drugie, szkoła już nie jest różnorodna pod kątem grup społecznych.

    Szkoły w Polsce mają coraz bardziej charakter klasowy. Są drogie szkoły dla ludzi zamożnych i darmowa oświata publiczna. W obu wypadkach są szkoły dobre i złe. Są dobre szkoły prywatne i złe. Są dobre szkoły publiczne i są złe. Ale nie działa już argument, że tam się spotykają dzieci z różnych grup. Natomiast w rodzinie dziecko spotyka się z grupą zróżnicowaną pod kątem wieku, zróżnicowaną także społecznie, ekonomiczne. Są więzi sąsiedzkie, które są silniejsze, jeżeli dzieci się uczą w domu. Proszę pamiętać, że dziecko w domu to nie jest dziecko w akwarium. To jest dziecko, które jest cały czas w jakiejś interakcji z najbliższym otoczeniem, tym pozadomowym. Jest też taka dobra praktyka i pewien naturalny odruch rodziców uczących w domu, że też między sobą urządzają rozmaite spotkania i że się integrują, tworząc nawet takie kolonie uczących w domu. Więc dziecko czasem ma więcej głębokich przyjaźni będąc w domu niż ucząc w szkole. Kiedyś naszą córkę zapytano, czy chciałaby chodzić do szkoły. Ona powiedziała: nie. A dlaczego? Bo wtedy rzadziej bym się widziała z moją najlepszą przyjaciółką - odpowiedziała. Także badania, które są przeprowadzane na dzieciach uczonych w domu pokazują, że ta socjalizacja jest czasem nawet o kilkadziesiąt procent lepsza.

    Redakcja: A jak sobie państwo radzą z podręcznikami? Używacie tych które są używane w szkołach?

    Mateusz Matyszkowicz: W domu trzeba się kierować podstawą programową, która obowiązuje nas cały czas i programem, który uzgadniamy ze szkołą, czyli wybieramy także ze szkołą podręcznik. Nie oznacza to, że nie korzystamy z niczego innego. Właśnie edukacja domowa przez to, że można edukowaniu poświęcić więcej czasu, otwiera nas na rozmaite możliwości. A więc można dobierać sobie rozmaite materiały z innych podręczników, można tworzyć własne materiały, można wreszcie korzystać z tego, co oficjalnie nie jest pomocą szkolną ani podręcznikiem szkolnym tylko czymś, co odpowiada zainteresowaniom dziecka i naszym celom edukacyjnym.

    Redakcja: Myślę o rodzicach, którzy nie mają wyższego pedagogicznego wykształcenia. Spotkałam ostatnio taką osobę, która bardzo chce żeby jej dziecko uczyło się w domu ze względu na negatywne rzeczy, które mają miejsce w szkole. (Dzieci z III klasy poszły ze szkołą na film, w którym pokazano gwałt. Jej córka nie mogła się po tym pozbierać. Matkę to tak zdenerwowało, że stwierdziła: koniec nie będzie jej dziecko chodziło do szkoły, żeby na takie rzeczy było narażone.

    Ale ona nie ma żadnego przygotowania i ma obawy czy sobie poradzi.

    Mateusz Matyszkowicz: Praktyka pokazuje, że nie potrzeba mieć wyższego wykształcenia ani wykształcenia pedagogicznego, żeby uczyć w domu Świetne wyniki osiąga się niezależnie od wykształcenia i tutaj bardzo dobry jest przykład amerykański, który pokazuje że edukacja domowa jest często formą wybieraną przez osoby mniej zamożne i z tak zwanych niższych klas. Dzieci wychowane w ten sposób pokonują bariery, których wcześniej nie potrafili pokonać ich rodzice. Amerykańskie najlepsze uniwersytety tworzą specjalne programy, które mają pomóc pozyskać jak najwięcej studentów, którzy wcześniej uczyli się w domu. To są po prostu dobrzy studenci niezależnie od tego, czy ich rodzice mieli wyższe wykształcenie, czy go nie mieli.

    Co do przypadku, o którym pani mówiła: trzeba pamiętać o tym, jak edukacja jest normowana przez naszą konstytucję. Myślę, że to bardzo jest dobre i pomocne w takich sytuacjach.

    Do edukacji tam odnoszą się tak naprawdę dwa ważne dla nas artykuły. Jeden definiuje prawo do nauki dla każdego. Tam też jest określony obowiązek nauki . Drugi z artykułów mówi o tym, że rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnym sumieniem, a to oznacza, że nasz system edukacji powinien każdemu zapewnić warunki do odbywania nauki, a jednocześnie te warunki nie mogą naruszać wolności sumienia. Tutaj tak naprawdę jest założona zasada pomocniczości, czyli państwo pomaga, ale nie stawia się w pozycji omnipotentnej, narzucającej wszystko, łącznie ze sposobem, w jaki spełniany jest obowiązek nauki. To jest wolny wybór rodzica. Natomiast my konserwatyści jeszcze powiemy, że władza rodzicielska jest niezbywalna i. nikt nas jej nie może pozbawić. Jeżeli system próbuje naruszać naszą władzę rodzicielską, to jest systemem niesprawiedliwym. Na szczęście nasza konstytucja tego nie narzuca, więc myślę, że rodzice powinni śmiało walczyć o swoją podmiotowość w relacjach ze szkołą.

    Redakcja: Myślę, że wielu rodziców w ogóle nie ma pojęcia, że jest taka możliwość uczenia w domu, wiedzą o tym rodzice dzieci upośledzonych czy z zaburzonym rozwojem…

    Mateusz Matyszkowicz: Jest taki mit na temat edukacji domowej, że ona jest dla dzieci, które sobie nie radzą w szkole, ale to jest mylenie dwóch zjawisk edukacyjnych. Nauczania indywidualnego, które ma celu indywidualne prowadzenie dziecka z problemami i edukacją domową, która jest kierowana do dzieci, które by sobie równie dobrze poradziły w szkole. To jest po prostu kwestia wyboru pewnej ścieżki edukacyjnej, do której my, rodzice, którzy jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie naszych dzieci, mamy prawo.

    Redakcja: W argumentach przeciwko pojawia się też ten, że rodzice dla jakiejś swojej idei poświęcają swój czas, swoje życie dla wychowywania dzieci w domu.

    Mateusz Matyszkowicz: Wszyscy poświęcamy swój czas dla idei. To może być idea picia piwa w trakcie meczu, to może być idea pogłębienia relacji rodzinnych i wychowania własnych dzieci. To jest pierwsza sprawa. Druga sprawa: edukacja domowa to nie jest wyłącznie praca. Powiem szczerze, nic mi nie sprawia takiej frajdy, jak uczenie własnych dzieci. Podobnie mówi moja żona. Czy może być większa frajda niż spędzanie czasu z najbliższymi osobami?

    Natomiast jest problem, który się pogłębia u wielu rodzin w Polsce. Im mniej czasu spędza się z własną rodziną, tym czas, który musimy już z nią spędzić, jest trudniejszy. To jest coś, co słyszę na przykład od rodziców posyłających dzieci do angażujących czasowo szkół. Sobota i niedziela to jest dla nich koszmar. To jest czas, w którym sobie nie mogą poradzić z wrzeszczącymi bachorami. To jest uczucie, którego ja nie znam, albo znam je w szczątkowej tylko formie. Bo to jest dla mnie naturalne środowisko. Wrzeszczące bachory w domu są dla mnie naturalne i sprawiają mi przyjemność. (Chyba też trochę mniej wrzeszczą niż te, które chodzą do szkoły, ale nie oznacza to że są aniołkami).

    Redakcja: Tutaj wkraczamy w to, że jest taki model, że kiedy dziecko idzie do szkoły, to jest święty spokój i że można wtedy pójść do pracy, albo coś zrobić…

    Mateusz Matyszkowicz: Żyjemy w takich czasach, w których trudno jest realizować model życia rodzinnego z jednym niepracującym rodzicem, a przy edukacji domowej to jest wymóg. To jest trudne dla niektórych ze względów ideowych, bo istnieje taki nacisk kulturowy, żeby pracować, a dziecko oddać do żłobka, przedszkola i domu kultury. Pracując realizuję się - to jest ideologia. Albo ze względów ekonomicznych – i tak jest w większości wypadków. Zdecydowanie się na tak model, w którym tylko jeden rodzic pracuje, a drugi pozostaje w domu, jest oczywiście dość dużym wyzwaniem. Pogodzeniem się z tym, że nasze warunki materialne też nie będą na najwyższym poziomie To jest wybór – wybór, który warto dokonać, ale trzeba być tego świadomym. Decydują się na niego bardzo często ludzie, którzy wcale nie należą do finansowej elity, za to są gotowi stępić swoje konsumpcyjne aspiracje. Większość ma z tym problem. Ale system edukacji też nie ułatwia nawet tym rodzicom, którzy chcą posłać dzieci do szkoły. Trzy miesiące w ciągu roku nie ma zajęć szkolnych.

    Ja polecam wszystkim taki model życia rodzinnego, jaki wybraliśmy, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze się to udaje.

    Redakcja: Czasami ludzie mówią, że nie byliby w stanie wyżyć, gdyby dwie osoby nie pracowały. Choć ja bym się nad tym zastanowiła mocno dlatego, że ostatnio jeden ekonomista nam wyliczył że jak idzie druga osoba do pracy, to i tak w podatkach oddają prawie równowartość zarobionych pieniędzy …

    Mateusz Matyszkowicz: No i rosną koszty, dojazdy do pracy, opieki nad dziećmi, odwożenie do szkoły, wysyłanie na kolonie. Proszę zwrócić uwagę, że rodziny wielodzietne w Polsce to najczęściej rodzny mniej zamożne. Przy czym to jest sprawa indywidualna. Tak jak nie można zmuszać do pracy, tak też nie powinno się jej zakazywać.

    Redakcja: Proszę nam powiedzieć, jak to technicznie wygląda

    Mateusz Matyszkowicz: Zacznijmy od tego, że aby uczyć dziecko w domu, trzeba poprosić o to dyrektora szkoły. Można wybrać dowolną szkołę, do której zapiszemy dziecko, a następnie poprosić dyrektora o zgodę, dostarczyć zaświadczenie z poradni psychologiczno- pedagogicznej i podpisać oświadczenie. Oświadczenie, w którym deklarujemy, że bierzemy na siebie nowy obowiązek i jesteśmy świadomi uregulowań prawnych. To trzeba zrobić zawsze do 31 maja, co oznacza, że to nie może być decyzja podjęta w ostatniej chwili. Myślę, że to jest właściwe i trzeba zdawać sobie z tego sprawę.

    Druga rzecz, to jest ułożenie sobie relacji ze szkołą i wybranie modelu, który nam odpowiada. Są rodzice, którzy chcą uczyć w domu w ścisłej współpracy ze szkołą, nawet posyłają dzieci na niektóre zajęcia, a są tacy, którzy chcą mieć ze szkołą jak najmniej do czynienia i tylko posyłać dziecko na roczne egzaminy.

    Trzecia rzecz to jest zrealizowanie tego, co postanowiliśmy. Czyli rozpisanie sobie tego, co przewiduje program, na miesiące. To trzeba robić systematycznie. W praktyce to nie jest takie trudne. To może być nawet godzina półtorej dziennie poświęcane temu, co obowiązkowe i resztę czasu wypełnione tym, co my chcemy przekazać dziecku i czego dziecko chciałoby się dowiedzieć. Te obie rzeczy są niezwykle ważne. Te półtorej godziny trzeba codziennie odrobić, ale to wchodzi w nawyk, tak jak mycie zębów, czy wyprowadzenie psa na spacer. I podobnie jak te domowe obowiązki, można i obligatoryjna naukę realizować w ciekawy sposób. Jest to o tyle łatwiejsze, że dzieci uczone w domu są lepiej zmotywowane. Chętnie się uczą, nie mają niechęci do podręcznika. Takie dzieci też posiadają lepsze umiejętności samokształcenia. To jest też niezwykle ważne. Z czasem okazuje się, że my w coraz mniejszym stopniu je prowadzimy, a w coraz większym stopniu one same siebie prowadzą. Bo uczą się tego, czego nie zawsze uczy szkoła: własnej odpowiedzialności, samodyscypliny. Jeżeli im to sprawia przyjemność, to robią to chętnie. Szkoła jednak morduje wiele zapału. Morduje nie dlatego, że nauczyciele postanowili, że teraz wszystkie dzieci zdołują. Morduje dlatego, że w 30 osobowej grupie trudno podążać za zainteresowaniami. A to się cały czas zmienia. Dziecko się zainteresuje lekcją o ptaszkach albo wojnami napoleońskimi, ale zaraz trzeba robić coś następnego i już nie ma czasu, żeby sobie to rozwinąć. A w domu można rozwijać można cały czas. Nawet nawiązywać do wojen napoleońskich, jeżeli wiemy że dziecko to interesuje. Można łączyć dziedziny, które normalnie w szkole są od siebie oddzielone. Dlaczego czytając literaturę, nie znaleźć jakiegoś kontekstu związanego z fizyką albo z biologią. Dlaczego nie szukać wątków przyrodniczych w literaturze, dlaczego tego nie połączyć z religią, jeżeli to uważamy za stosowne. Dlaczego matematyki nie połączyć z tymi dziedzinami. W domu to jest wszystko możliwe i dzięki temu sprawia większą frajdę. Bo coś, co się normalnie ze sobą nie wiąże, zaczyna się wiązać. Jest taka anegdota o tym, jak rodzice uczący w domu wymieniają żarówkę. Najpierw dziecko musi wykręcić żarówkę i to jest taki element wf-u, później razem z rodzicem ogląda żarówkę. Rodzic mu tłumaczy, dlaczego ta żarówka nie świeci i to jest dobra okazja do tego żeby omówić, jak działa żarówka. A jak omawiamy działanie żarówki to warto coś o Edisonie opowiedzieć. Otwieramy encyklopedię i czytamy biografię Edisona, ze szczególnym zwróceniem uwagi na fakt, że się uczył w domu. Potem idziemy do sklepu, gdzie wybieramy żarówki. To jest okazja do tego, żeby powiedzieć dziecku, czym się różnią żarówki. Co to są waty. A potem trzeba zapłacić za żarówkę, więc są elementy ekonomii. To wszystko się łączy i jest związane z życiem. Z kolejną niezwykle ważną sprawą. Nauka powinna się wiązać z życiem i to dotyczy także literatury. Szkoła nie jest miejscem, w którym jakiś osobisty odbiór literatury jest możliwy. Ono się dokonuje w grupie, w której jest silny nacisk. A tutaj my, znając dziecko, możemy odnosić lekturę do życia. Podobnie z fizyką. Świetną lekcją jest wspólne robienie ciasta. Przy robieniu ciasta możemy omówić historię, chemię, fizykę, mnóstwo rzeczy, a przy okazji są elementy zajęć technicznych Czasem się mówi, że w szkole przedmioty przyrodnicze uczy się lepiej ponieważ są pracownie, można robić doświadczenia jest sprzęt. Przepraszam bardzo, ja 12 lat chodziłem do szkoły i dwa razy w czasie tej edukacji widziałem doświadczenie chemiczne. Gdybym się uczył w domu, to by mi wytłumaczono co się dzieje z ciastem, kiedy rośnie, albo co się dzieje z żarówką, albo dlaczego parówka pęka kiedy się ją gotuje. W tym kierunku będzie szła edukacja w przyszłości. Kończą się czasy obecnej edukacji szkolnej, która wcale nie jest tradycyjna. To jest relikt pewnych przesądów, które pojawiły się na przełomie XIX i XX wieku, a zostały w Polsce utrwalone przez pewną parodię pozytywizmu, jaką był marksizm. Ludzie przez setki lat uczyli się w domu i w swoim najbliższym środowisku. To jest naturalne i tak będzie zawsze.

    Redakcja: Jędrzej Śniadecki uczył się w domu, a później sam odkrywcą był…

    Mateusz Matyszkowicz: A w naszych czasach Bill Gates. Od Śniadeckiego przez Edisona do Billa Gatesa. Widzimy, że to działa. Oczywiście są pewne ryzyka, żeby odwołać się do historii, to będzie przypadek Johna Stuarta Milla, którego ojciec bardzo skrzywdził przez edukację domową. To jest pierwsze ryzyko, czyli przeniesienie nadmiernych ambicji z rodzica na dziecko. Niektórzy rodzice mogą uważać, że edukacja domowa to jest sposób na hodowlę geniusza. To jest coś bardzo niebezpiecznego.

    Redakcja: Ale my to obserwujemy w szkołach…

    Mateusz Matyszkowicz: Posyłanie dzieci na setkę rozmaitych zajęć dodatkowych – od jazdy konnej, przez taniec, po Tai Chi i właśnie pięć języków… Cały czas jest ten problem odpowiedzialności. Tylko to jest tak, że nie nauczymy ludzi odpowiedzialności, jeżeli my jej im nie damy do tego okazji. Jeżeli ludzie są od XIX wieku – od momentu, w którym cesarz Fryderyk Wilhelm wprowadził obowiązek szkolny – uczeni braku odpowiedzialności za wychowanie własnych dzieci, to zostaje to utrwalone. Jeżeli chcemy przywrócić odpowiedzialność, to musimy ją sami podejmować.

    Jest jeszcze jeden argument. Nazwijmy go argumentem z patologii społecznych. To jest argument bardzo poważny. Są dwa wentyle bezpieczeństwa w polskim prawie. Pierwszym jest to poradnia psychologiczno-pedagogiczna i nie wiem czy to jest dobry wentyl, bo nie wiem co dokładnie taka poradnia może tu pomóc, ale jest. Drugi wentyl jest już bardzo mocny, coroczny egzamin. W wypadku, w którym dziecko nie zdaje egzaminu, albo do niego nie przystępuje, jest wycofywana zgoda. Czyli to pozwoli dość szybko wychwycić rodzica nieodpowiedzialnego, albo raczej stanowi pewien motywator dla rodziców. Przy czym to dotyczy bardzo niewielkiej grupki, marginesu, ponieważ my z natury jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci. To jest kwestia naszej biologii. Jesteśmy bardziej odpowiedzialni za nasze dzieci niż patologiczni nauczyciele, którzy tez przecież stanowią jakiś margines w polskim systemie oświaty. Dlaczego na jeden z tych marginesów przymykamy oko, a drugi tolerujemy? Czy dlatego, że rodzice nie mają swoich związków zawodowych?

    Redakcja: Czy widziałby pan taki model nauczania, że rodzice posiłkowaliby się nauczycielami? Mam dużo sygnałów że dobry nauczyciel w szkole nie bardzo ma co robić.

    Mateusz Matyszkowicz: Tak oczywiście. Myślę, że edukacja domowa stanowi przyszłość dla wielu nauczycieli, którzy rzeczywiście czują w sobie powołanie belferskie, jedno z piękniejszych powołań, jakie istnieją. Chcą je realizować i mogą je realizować bez całej szkolnej administracji, bez tak zwanych papierów, dzienników. Za to realizując to, czym jest przede wszystkim edukacja . Edukacja to przede wszystkim sztuka. Wiadomo, że taki nauczyciel będzie zatrudniony przez rodziców zamożnych, więc to zawsze będzie niewielka grupa, ale dobrze, żeby istniała. Wiem też o tym, że powstają takie grupy rodziców, któr3 wspólnie wynajmują nauczyciela, żeby dziecko przez 2-3 godziny z takim tutorem czy preceptorem przebywało. To jest bardzo dobry pomysł. Pamiętajmy, że to zawsze będzie niewielka część edukacji domowej. Ja się często spotykam z takim argumentem, że edukacja domowa to jest dla bogatych, których stać na bonę. Nie, przede wszystkim jest dla tych, których na tę bonę nie stać.

    Redakcja: Jak to wygląda finansowo? Pieniądze idą za dzieckiem do szkoły?

    Mateusz Matyszkowicz: Jest subwencja oświatowa na dziecko, która zostaje w szkole. My tego nie dostajemy. Na razie cały czas pracujemy nad kulturą uczenia w domu. Może dobrze, żeby na razie ta kultura nie była motywowana finansowo. Natomiast w przyszłości warto będzie dążyc do dzielenia się z rodzicami subwencją.

    Redakcja: Za komitet rodzicielski nie musicie płacić, ale to niewielka suma, a czy wydatki są większe?

    Mateusz Matyszkowicz: Trudno mi porównywać. Gdybym miał spisać koszty dojazdów do szkoły, zakupu rozmaitych strojów etc., być może wyszłoby na to samo. W przypadku uczenia w domu można sobie te koszty rozłożyć. Stwierdzamy, że akurat teraz odłożyliśmy tyle pieniędzy, że możemy sobie pozwolić na jakąś długą wycieczkę edukacyjną, albo kupić mnóstwo książek. Z kolei zdarza się jakiś gorszy okres, więc wtedy przejadamy to, co było zgromadzone wcześniej. Nie ma tutaj terminów, sami musimy tym zarządzać.

    Redakcja: Czyli umiejętności kształcone w rodzicach i dzieciach…

    Mateusz Matyszkowicz: Właśnie tak! Rodzic też się uczy w domu. Normalnie człowiek się wstydził, bo tak głupio jakoś zajrzeć do podręczników i przypomnieć sobie np. gramatykę języka polskiego. Albo powtórzyć sobie fizykę. Ja zawsze byłem fatalny z chemii, a teraz będę miał okazję to nadrobić. Naprawdę się cieszę z tej możliwości. Albo chodzić do muzeów. Odkryłem, jaką frajdą jest chodzenie z dziećmi po muzeach. Nie z wielką klasą, ani nie samemu. Jak chodzi się z dzieckiem, to można sobie na wiele różnych rzeczy pozwolić. Panie i panowie, którzy pilnują muzeów, przymykają oko, jak się człowiek położy na posadzce i przez godzinę kontempluje z dzieckiem jakiś przedmiot czy obraz, który nas akurat zainteresował. W szkole to jest niemożliwe, bo klasa musi iść grupą - 3 minuty przy obiekcie. Bardzo lubimy chodzić do Zamku Królewskiego i za każdym razem sobie wybieramy inny temat – to szukamy motywów z ptakami, a to motywów związanych z mitologią. Kiedyś zrobiliśmy sobie wycieczki pod kątem zegarów, które zbierał Stanisław August. To jest świetne W szkole byśmy tego nie mogli zrobić, ja także, nie ucząc dzieci w domu, tego bym nie zrobił . A w towarzystwie dzieci mogę się zachowywać trochę niepoważnie. Odkryłem w sobie małe dziecko.

    Redakcja: Bardzo rozwijająco to brzmi. Bardzo dziękuje za rozmowę

    Mateusz Matyszkowicz: Bardzo dziękuję i zachęcam.

    Rozmawiała B. Chojnacka
    Artykuł pochodzi ze strony http://solidarni2010.pl/n,3609,8,nauczanie-w-domu-2-rozmowa-z-mateuszem-matyszkowiczem.html



  • skocz do góry