wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia i Matthew Dueholm

    „Uczę w domu, a dostaję wypłatę jako nauczyciel w szkole publicznej”

    - wywiad z Jack’iem Van Noord’em


    Jack Van Noord jest amerykańskim libertarianinem, chrześcijaninem, nauczycielem w szkole publicznej (matematyka, nauki społeczne), fotografem, dawnym publicystą „Daily Herald”, nauczającym w domu swoje dzieci.



    Jak to właściwie jest, uczy Pan w szkole inne dzieci, a swoje do szkoły posyłać Pan nie chce?
        - Tak, jestem hipokrytą, bo uczę w domu, a dostaję wypłatę jako nauczyciel w szkole publicznej. Uważam jednak, że takie zinstytucjonizowane szkolnictwo jest aberracją od jakichś 150 lat.

    Ile ma Pan dzieci?
        - Dwoje, dwie córeczki - Annikę, która ma 7 lat i Elizę, która ma 3 latka.

    Jak to się stało, że zdecydował Pan, że Pana dzieci będą uczyły się w domu?
        - Kiedy Annika chodziła do przedszkola, mieliśmy wtedy kilku przyjaciół, którzy nauczali w domu. Pewnego dnia Annika podeszła do swojej mamy i powiedziała: „Mamo, chciałabym żebyś ty była moją nauczycielką”. Moja żona wtedy powiedziała mi, że musimy podjąć wspólną decyzję, i ją podjęliśmy. Obecnie moja żona zajmuje się nauczaniem w domu praktycznie w 99%. Ja tylko częściowo. Trwa to od półtora roku.

    Czy rodzice muszą być jakoś specjalnie przygotowani aby uczyć swoje dzieci?
        - Właściwie znane mi są takie badania (Home Schooling Legal Defence Association czy Christian Home Educators Coalition), które dowiodły, że fakt, że nauczyciele mają jakieś papierki, certyfikaty nie ma znaczenia dla postępów dzieci. To się więc odnosi także do nauczycieli-rodziców.

    Dlaczego nie chciał Pan posłać swoich dzieci do szkół publicznych?
        - Bo nie jest to dobry model. Szkoły działają jak fabryka. Produkują podobne produkty. Uczy się przecież zawsze w kierunku do średniego poziomu. Jeśli masz trochę inne dziecko, system edukacyjny tego nie uwzględnia. Nie uwzględnia ani dzieci autystycznych, ani szczególnie zdolnych. Nikt się tym specjalnie nie interesuje.
        Nie ma to nic wspólnego z modelem wolnorynkowym, który dostosowuje popyt do podaży.
        Do tego, szkoły publiczne nie reprezentują żadnej ideologii.

    Naprawdę Pan myśli, że nie reprezentują?
        - W pewnym sensie reprezentują, ale nie jest to żaden spójny system wartości. To, co obecnie mamy w szkołach amerykańskich, to ideologia postmodernistyczna, bazująca na negacji i odrzucaniu wartości.

    Jak wygląda typowy dzień dziecka w szkole domowej?
        - Uczy się ono dwie, dwie i pół godziny dziennie. Siedzi tak jak w szkole na krzesełku i ma swoją ławeczkę. Czyta, generalnie moja żona czyta, Annika pisze różne wypracowania. Uczy się historii, literatury, muzyki. Korzystamy z metody „A Beka” i „Elijah” - dość religijne, trochę uwzględniają wiedzę polityczną.
        Każdego miesiąca moje dzieci poznają nowego malarza. Kiedyś było tak, że na każdy obraz moja malutka córeczka Eliza mówiła: „Monet”. Pewnego razy poszliśmy do muzeum, i ona wskazała obraz Moneta i powiedziała Monet. Ona ma trzy latka !
        Uważam, że spoczywa na mnie odpowiedzialność, mam obowiązek wobec Boga wychować właściwie moje dzieci. Dlatego chcemy, żeby były wychowane najbardziej „po bożemu” teraz, kiedy one są z nami i mamy wpływ na ich ukształtowanie.
        Gdybym uważał, że ktoś inny może nauczyć moje dzieci lepiej, powierzyłbym je mu. Niestety szkoły prywatne, czy prowadzone przez kościół są bardzo drogie w Stanach Zjednoczonych Takie idealne miejsce musiałoby być szkołą chrześcijańską i reprezentować akademickie nauczanie skupiające się na Chrystusie. Do tego musiałoby być także w dzielnicy sympatycznej do życia.

    Co Pan sądzi na temat socjalizacji dzieci w szkołach i nauczanych domowo?
        - Mój przyjaciel, który się tym zajmuje odpowiedziałby w ten sposób. Proszę przejść się korytarzami szkół i powiedzieć mi, które z tych zachowań chcielibyście aby wasze dziecko przyjęło jako wzór zachowania? Jeśli dzieci i młodzi ludzie mieliby socjalizować się tylko wśród swoich rówieśników, mielibyśmy to, co przedstawił w swojej książce William Golding „Władca much”. [Kto czytał, ten wie - to coś przerażającego, kompletna anarchia - przyp. N. & M. D.]
        Wracając do idei socjalizacji w sensie ogólnym. Christopher Schect w książce „A Critique of Modern Youth Ministry” opisał to zjawisko. Na przykład pisał o tym, że pojęcie nastolatka jest wymysłem naszego wieku, powstałym jakieś 70, 80 lat temu. Ani w Biblii, ani w purytańskiej Anglii nie ma żadnych odwołań do stratyfikacji społeczeństwa według wieku. Mówi się raczej o grupach od lat 7 do 70-ciu żyjących razem i w ten sposób się wychowujących. Dlaczego więc wsadzamy kilkaset dzieci w jednym wieku do jednego budynku i tam ma odbywać się proces wychowania i nauczania ?

    Czy jest Pan członkiem jakiejś organizacji propagującej nauczanie domowe?
        - Tak, grupy stworzonej w kościele „Fox Valley Home Schooling Group”. Każdego miesiąca wychodzimy wszyscy razem z dziećmi do muzeum, organizujemy wspólne gry, pikniki, lekcje baletu i gry na pianinie, gimnastykę wodną itd.
        Niektóre parki publiczne organizują nawet zajęcia dla dzieci nauczanych w domu w czasie, kiedy inne dzieci są w szkołach.

    Czy miał Pan jakieś problemy z prawem w związku z tym, że nauczał Pan sam swoje dzieci?
        - Nie, nie miałem. Słyszałem, że ktoś miał, ale w tym stanie, Illinois, nie ma większych problemów. W niektórych stanach, 15 lat temu, ludzie szli do więzienia za edukację domową. W niektórych stanach przychodzą do domu urzędnicy sprawdzający czy dzieci są w szkole, i wtedy należy takich ludzi nie wpuszczać w ogóle do domu. Oni nie mają żadnego prawa wpychać się ludziom do domu i szpiegować.
        Ja przecież nikogo nie zmuszam żeby robił to, co ja. Uważam, że edukacja publiczna nie jest dobra dla moich dzieci. Nikogo nie zmuszam, żeby uczył swoje dzieci w domu.

    Jak oceniłby Pan stan edukacji domowej w całych Stanach Zjednoczonych?
        - Sytuacja jest bardzo dobra. Nie tylko mamy wywalczone prawa do uczenia swoich własnych dzieci w domu, ale także zbudowaliśmy świadomość społeczną, że jest to normalne i właściwe. Czekam z niecierpliwością na dzień, kiedy to już nikogo nie zdziwi.
        To smutne, że ludzie zrzucają odpowiedzialność za wychowanie swoich dzieci szkołom publicznym. Moglibyśmy naprawdę stworzyć samowystarczalny system w edukacji. Wierzę w separację edukcji od państwa.

    Co Pan sądzi na temat krytyki szkół domowych?
        - Wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy widząc dziecko nieśmiałe, albo dziwne po prostu, mówią od razu - tak, tak, to przez ten home schooling. Prawda jest taka, że jako nauczyciel widziałem mnóstwo takich dzieci, ale w szkołach publicznych właśnie.
        Oczywiście spotkałem też dzieci, które nie były wcale dobrze uczone w domu. Wtedy czuję się trochę głupio, bo to przynosi złą sławę szkołom domowym.

    Dziękujemy za rozmowę.
        - Ja też dziękuję.



    Rozmawiali Natalia i Matthew Dueholm
    Wywiad dla www.korespondent.pl



  • skocz do góry