wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    „Bierzcie to, co najważniejsze, wychowanie i kształcenie dzieci
    w swe ręce i nie bójcie się!”

    - rozmowa z panem Jackiem Poredą, nauczającym domowo rodzicem, nauczycielem i pedagogiem, autorem dwóch książeczek „Szkoła w domu” i „Chrystiańska edukacja”.


    Jacek Poreda - nauczyciel historii i społeczeństwa.
    Córka Estera - 14 lat, obecnie w drugiej klasie gimnazjum, sześć lat edukacji domowej na poziomie szkoły podstawowej. Uzdolniona humanistycznie, polonistycznie i muzycznie, gra na gitarze i pięknie śpiewa.
    Córka Eunika - 10 lat, całe kształcenie w ramach edukacji domowej (na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej). Uzdolniona plastycznie, uwielbia konie.



    Jak przekonał Pan dyrektora szkoły do wyrażenia zgody na edukację domową własnych córek?
        - Jak przekonałem dyrektora? Napisałem pismo z argumentacją prawną i złożyłem u dyrektora, który był też moim dyrektorem. Ten człowiek miał wobec mnie trochę respektu, gdyż jestem człowiekiem stanowczym i raczej zdecydowanym. Zgodził się, bo musiał. Prawo było po mojej stronie.

    Co radziłby Pan rodzicom, którzy zwrócili się do dyrektora, ale ten utrzymuje, że edukacja domowa nie jest w Polsce legalna? Dyrektorzy zazwyczaj znają tylko nauczanie indywidualne...
        - Gdy dyrektor się sprzeciwia, należy pokazać mu ustawę o systemie oświaty, zakreślić paragraf o zgodzie dyrektora na realizacje obowiązku poza szkołą (art. 16.8) i pokazać, że prawo na to zezwala, a on jest po to, aby prawa przestrzegać. Jeśli dalej będzie uparty, należy powiedzieć, że ta sprawa będzie przekazana do kuratora oświaty i rzecznika praw dziecka, który działa przy każdym kuratorium.

    W jaki sposób opracował Pan program nauki dla własnych dzieci?
        - Jeśli dziecko ma zdawać egzaminy w szkole, to należy poprosić każdego nauczyciela, by na piśmie przygotował to, co będzie obowiązywać na egzaminie. Poza tym można resztę czasu nauki poświęcić na to, co dziecko lubi i chce robić. Zachęcam by w ramach edukacji poznawać Biblię, najmądrzejszą książkę edukacyjną.

    Jak wygląda typowy dzień edukacji domowej w Pańskiej rodzinie, jeśli w ogóle typowy istnieje?
        - Po południu omawiamy zadania zrobione przed południem i wyznaczamy pracę na dzień następny. W dziedzinach, którymi dzieci są zainteresowane (np. historia u Euniki czy j. polski u Estery), pracują same, i ja ich nie uczę prawie w ogóle, tylko kontroluję i koryguję. Przedmiotom ścisłym musimy poświęcić więcej czasu, bo dzieci ich nie lubią. Generalnie trzymam się zasady nauki samodzielności i to po pewnym czasie przynosi owoce. Są samodzielne, nie tylko w szkole, ale i w życiu, może nawet za bardzo samodzielne.

    W czym objawia się ta samodzielność? Zapewne wie Pan, że ludziom się zdaje, że dzieci edukowane domowo chowają się w szafie, izolują się od otoczenia, są aspołeczne...
        - Uczę je samodzielności we wszystkim. Same decydują, o której zacząć pracę i jak ją zorganizować. To samo dotyczy szkoły i domowych obowiązków. Mają tylko wszystko zrobić na czas. Planują zajęcia dodatkowe, czas wolny, z kim się spotkać, co robić. Ja tylko kontroluje i interweniuję, gdy trzeba. Generalnie same podejmują decyzje, a ja je czasami tylko zmieniam czy odrzucam. Zasada jest taka, że mówią mi o swoich planach i je realizują, a ja raczej się nie wtrącam, jeśli to nie jest konieczne.

    Czy spotkał się Pan z jakimiś szczególnymi trudnościami podczas nauki własnych córek?
        - Nie mam trudności w szkole, bo dyrektorzy i nauczyciele to moi koledzy. Córki są zapisane do szkoły, w której uczę. Jedynie zdawanie egzaminów jest trudniejsze, bo doświadczeni nauczyciele nie rozumieją, że nauczanie domowe wiąże się z inną specyfiką pracy i traktują takich uczniów tak samo jak wszystkich, np. dziecko musi zdać w ciągu 1-2 godzin cały materiał z semestru, co inne dzieci robią w długim okresie czasu. Stąd ich oceny są zaniżone, mają tylko 4 lub 5, ale nie uczymy się dla ocen.

    Czy miał Pan jakieś szczególne trudności w nauczaniu własnych córek?
        - Największy problem jest z zejściem z utartych ścieżek, np. ze zrozumieniem, jak bardzo twórcze może być dziecko, że warto okazać mu zaufanie, że nie warto nalegać by dziecko z wszystkiego było dobre, skoro jest coś, czego ono nie lubi lub nawet nie potrafi robić. To chyba przede wszystkim była dla mnie dobra szkoła.

    W jaki sposób przebiegały egzaminy i otrzymywanie świadectw szkolnych?
        - Raz na semestr zdają egzaminy z przedmiotów, oceny są wpisane do dziennika, bo dzieci są zapisane w dzienniku klasowym tylko z adnotacją „realizacja obowiązku szkolnego poza szkołą” i na koniec roku dostają świadectwo z ocenami zdobytymi na egzaminach.

    Czy zna Pan wiele takich rodzin jak Pańska, nauczających domowo?
        - Rodzin robiących to, co my, zgodnie z prawem znam może trzy, cztery, nie więcej.

    Jakie były reakcje Pańskiego otoczenia na wybór Pańskiej drogi kształcenia dzieci?
        - Reakcje otoczenia - w 99% negatywne, czasami bardzo negatywne, zwłaszcza najbliższej rodziny, ale musieli ustąpić. Generalnie jednak nie ma zrozumienia, z wyjątkiem kilku jednostek.

    Wspomniał Pan, że nauczyciele nauczający Pańską starszą córkę w gimnazjum nie mogli uwierzyć, że przez sześć lat była nauczana domowo i nic złego jej się nie stało, a wręcz przeciwnie. Czy przekonał Pan otoczenie, środowisko nauczycielskie, że edukacja domowa działa?
        - Jako ludzie jesteśmy konserwatywni i wszystko wiemy lepiej, a nauczyciele są szczególnie konserwatywni i szczególnie wiedzą wszystko lepiej. Przecież są nauczycielami, a nie uczniami. Tak naprawdę edukacja domowa uderza w nich i nic dziwnego, że środowisko jest wrogie, tym bardziej, że panuje ogromna niewiedza w tej kwestii.

    Co można zrobić, aby przekonać szersze kręgi ludzi do zaakceptowania tej formy kształcenia?
        - Nie sądzę, by dało się przekonać. Robię to od 10 lat, napisałem dwie książeczki, rozmawiam i nic z tego. Jestem realistą, tak już będzie, mimo dobrego prawa w naszym kraju w tym względzie.

    Czy chciałby Pan się podzielić radami, uwagami z rodzicami, którzy nauczają domowo, bądź je planują?
        - Jako wieloletni nauczyciel, a zwłaszcza pedagog (17 lat) wiem, że szkoła jest nieprzyjazna dzieciom i będzie jeszcze bardziej nieprzyjazna, gdyż zmiany w społeczeństwie i w systemie edukacji idą na gorsze. Bierzcie to, co najważniejsze, wychowanie i kształcenie dzieci w swe ręce i nie bójcie się! To nie jest takie trudne. Mit specjalisty jest tylko mitem, a naprawdę liczą się serce i dobre chęci, upór i konsekwencja. Na poziomie szkoły podstawowej każdy praktycznie rodzic może sobie poradzić, pod warunkiem, że jest przekonany, że to, za co się bierze, jest dobre, a nie złe. Poza tym, tak naprawdę dzieci, zwłaszcza młodsze, potrzebują ciepła, opieki, kreatywnej atmosfery, zachęty, wolności mądrze kontrolowanej dyskusji, poważnego traktowania, partnerstwa, ale odpowiedzialnego, rozbudzania wiary w swe siły, a to daje dom i przyjazne otoczenie, szkoła generalnie tego nie daje, bo dać nie może.

    Jak Pan sądzi, dlaczego tak jest, że trzy najdłużej nauczające rodziny w Polsce, złożone ze specjalistów od nauczania i metodyki (nauczyciele, pedagodzy), rodziny otwarte na ludzi, nawet na rozmowy z nieciekawymi dziennikarzami nie mogą w Polsce spokojnie nauczać własnych dzieci? Dlaczego nie spotykają się z uznaniem?
        - Jest to związane z nieprzychylnym klimatem. Jako społeczeństwo jesteśmy ciemni, niewykształceni, nietolerancyjni, zamknięci w swoich wąskich horyzontach. Nie jesteśmy otwarci na świat. Wszędzie tam, gdzie dominuje w życiu religia, a zwłaszcza katolicka, jest nietolerancja, ostracyzm, niechęć do odmieńców, wręcz wrogość i szyderstwo. Naprawdę nie przejaskrawiam, ostatnie wybory pokazały naszą niedojrzałość społeczną i zacofanie społeczno-religijne. A dziennikarze i nauczyciele są częścią tego zacofanego społeczeństwa XXI wieku.

    Dziękuję za rozmowę.




    Rozmawiała: Natalia Dueholm
    Listopad 2005



  • skocz do góry