wróć
  • do "artykuły" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    Do wiadomości członków Stowarzyszeń Edukacji Domowej, MEN, Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Ucznia i Rodzica, Rzecznika Praw Dziecka i wszystkich zainteresowanych

    Komentarz do projektu ustawy MEN dotyczącego edukacji domowej (nowelizacja ustawy o systemie oświaty z 26 lipca 2007 r.)



        Gdyby urzędnicy MEN i ustawodawcy zechcieli w końcu wprowadzić edukację domową bez wymyślnych warunków, wszyscy byliby szczęśliwi. Władze RP nie musiałyby się bać, że będą miały w Strasburgu kolejne procesy w związku z nieprzestrzeganiem przez Polskę podpisanych umów międzynarodowych. MEN nie byłoby nękane pytaniami od rodziców chcących nauczać domowo. Kuratorzy nie zawracaliby sobie głowy dzwoniąc do MEN po konsultacje, co mają zrobić z podaniami rodziców. Dyrektorzy szkół nie musieliby unikać takich rodziców, zwlekać, dzwonić do dr. Budajczaka, szukać pomocy w Internecie i głowić się, jak tu legalnie odmówić. Nauczyciele mieliby mniej pracy, bo klasy byłyby mniejsze, przeto mieliby mniej prac do sprawdzania. Szkoły miałyby więcej pieniędzy do podziału, a uczniowie urozmaicone życie szkolne z kolegą-duchem, który do szkoły nie chodzi. W końcu rodzice ze środowiska edukacji domowej mogliby ucieszyć się ze spokojnego startu jako legalni nauczyciele własnych dzieci. Zamiast tego urzędnicy przygotowali projekt ustawy, który uniemożliwia osiągnięcie wyżej wymienionych korzyści. Gorzej, wszystkim przysparza pracy, finansowych wydatków, a przy okazji łamie już istniejące prawo. W czasach jawnie komunistycznych edukacja domowa nie była w ogóle możliwa. A teraz mamy się nabrać, że teoretycznie będzie?

        Po zapoznaniu się z projektem zmian prawa edukacyjnego* dotyczącego edukacji domowej, dostępnym na stronie internetowej MEN, należy jasno stwierdzić, że występuje w nim kilka grzechów głównych ogólnych (przeregulowanie prawa, centralizacja, niejasne sformułowania) odnoszących się do poszczególnych warunków obwarowujących edukację domową. Jedyna dobra strona to zrównanie szkół prywatnych z publicznymi (jednak tego samego ustawodawca nie chce zrobić w przypadku poradni psychologicznopedagogicznych). Oto komentarz do poszczególnych zagadnień.


    Wydawanie zezwoleń

        Ustawodawca nie może domagać się prawa do wydawania zezwoleń na edukację domową, gdyż tym samym gwałci co najmniej konstytucyjne prawo rodziców do wychowywania własnych dzieci (art. 70 ust. 3). Byłoby miło, gdyby ustawodawca zaproponował kompromis i zadowolił się tym, że rodzice poinformują, że wybrali dla własnego dziecka edukację domową w dowolnie wybranej przez siebie szkole.


    Poradnia psychologiczno-pedagogiczna

        Na jakiej podstawie ustawodawca zmusza rodziców dziecka (czasem zupełnie zdrowego) do poddawania się testom w ww. poradni? Czy aby nie dla udowodnienia, że szkoła wszystkim dobrze służy? Zdecydowana większość pracowników poradni nigdy nie słyszała o edukacji domowej i nie miała okazji poobserwować ani jednego przypadku dziecka edukowanego domowo (co zapewne świadczy o ich słabej SZKOLNEJ edukacji, bo gdyby znali kilka biografii wybitnych Polaków, mogliby się chociaż pochwalić taką znajomością). Pracownicy tych poradni nie są ekspertami edukacji domowej. Rodzice mogą korzystać z porad pracowników poradni, jeśli uważają, że takiej pomocy potrzebują. Warto wspomnieć, że wprowadzenie tego wymogu podwyższyłoby koszty egzekucji przepisu (pracownicy poradni pracują za pieniądze podatników. Należy również zauważyć, że ustawodawca wyraźnie precyzuje, iż chodzi tu tylko o publiczne poradnie.


    "Konieczność zapewnienia dziecku odpowiednich warunków do nauki"

        Trudno oprzeć się wrażeniu, że właściwie nie wiadomo, o co w tym wymogu chodzi. Może o warunki mieszkaniowe? Ale przecież edukacja domowa nie odbywa się wyłącznie w domu. Biorąc pod uwagę sytuację mieszkaniową wielu Polaków, można uznać, że dzieci nie mają tam dobrych warunków do życia, a co dopiero do nauki. Tylko co z tego? Co zrobi ustawodawca po kontroli domów? Zważywszy na fakt, że to ustawodawcy opodatkowują rodziny do tego stopnia, iż wielu małżeństw nie stać na osobne mieszkanie (nie mówiąc już o osobnym pokoju dla dziecka), wymaganie jakichś odpowiednich warunków wydaje się absurdalne czy wręcz bezczelne. Ustawodawca nie ma prawa uzależniać sposobu edukacji dzieci od warunków mieszkaniowych. Może więc chodzi o warunki rodzinne? Może o domy wielodzietne, gdzie dzieci - według ustawodawcy - nie będą mogły się skoncentrować na nauce, a może o domy, w których mieszkają wspólnie dziadkowie? A może chodzi o wymóg tablicy w domu, czy półek z książkami? Warto podkreślić, że egzekucja tego zapisu będzie zapewne musiała pociągać za sobą wizyty domowe. I tutaj znów nie wiadomo kogo (szkolnych pedagogów, a może policji). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że SZKOLNE warunki do nauki (przemoc, zmęczenie związane z dojazdami, niewygodne szkolne krzesła, ciężkie tornistry, poziom hałasu itd). pozostawiają wiele do życzenia, a dla niektórych są po prostu nie do zniesienia. Może niech lepiej MEN zajmie się więc tymi kwestiami.


    Egzaminy

        Dlaczego ustawodawca nie może oddać rodzicom inicjatywy egzaminacyjnej? Zapewniam, że wielu z nich będzie potrzebowało różnych testów (mogą je też samodzielnie nabyć i zorganizować) i nie trzeba ich do tego zmuszać. Obecny zapis stawia wymogi i nie pozwalając rodzicom na żadną inicjatywę co do sposobu weryfikacji kształcenia ich własnych dzieci. Do tego, narzuca uczniom domowym warunek corocznego egzaminowania, czego uczniowie szkolni spełniać nie musza. Edukacja domowa nie ma powielać edukacji szkolnej prowadzonej w domu. Ma być zupełnie innym edukacyjnym procesem. Szkolne egzaminy proces ten psują.


    Programy

        Dlaczego monopol na podstawy programowe ma mieć MEN? Dlaczego jedyną słuszną ścieżką edukacyjną mają być dokładne wytyczne w zatwierdzonych przez MEN podręcznikach, z których korzystają nauczyciele szkół publicznych na poszczególnych poziomach nauczania?

        Urzędnicy (zapewne z dobrych chęci) próbują zapobiec jakiejś wyimaginowanej katastrofie edukacyjnej, starając się trzymać w garści wszystkie edukujące domowo rodziny. Ale cóż tak naprawdę złego stałoby się, gdyby jakaś część rodziców słabo uczyła własne dzieci? Cóż takiego złego stałoby się, gdyby MEN nie miało nad tymi rodzinami żadnej kontroli? Co roku z każdej klasy (pomnożyć przez ilość szkół publicznych) wychodzi więcej niż garść niedouczonych i źle wychowanych dzieci. Osoby odpowiedzialne za ich nauczanie i wychowanie w szkołach nie ponoszą za to żadnych konsekwencji. Ba, spełniają wszelkie warunki stawiane przez MEN i są ZATUDNIONE ZA PIENIADZE PODATNIKA (są właściwie nieusuwalne ze szkół, gdzie szkodzą licznym grupom dzieci, tak więc skala ich szkód jest dużo większa) . Dlaczego więc przy zaistniałej sytuacji na samym starcie karci się rodziców, którzy jeszcze swojej pracy nie zaczęli, a nie robi nic ze szkolnymi niepowodzeniami uczniów i nauczycieli? Praktycznie wszyscy Polacy są zgodni, że edukacja jest bardzo ważna w życiu człowieka. Dlaczego ustawodawca myśli, że rodzice pragnący podjąć się trudu wychowania własnych pociech nie będą chcieli dać z siebie wszystkiego, aby ta edukacja była najlepsza?

        Urzędniku, popraw się więc, bo prawo dotyczące edukacji domowej jest prawem specyficznym, regulującym relację między rodzicami i ich dziećmi. Któż dał ci prawo wchodzić tutaj z butami i dyktować własne warunki, w których drzemie nieufność, paranoja, a może i nawet zazdrość (niczym psa ogrodnika)?




    Natalia Dueholm, 10 września 2007 r.

    * 8. Na wniosek rodziców dyrektor publicznego lub niepublicznego przedszkola, publicznej lub niepublicznej szkoły podstawowej lub gimnazjum, a także dyrektor publicznej lub niepublicznej szkoły ponadgimnazjalnej, do której dziecko zostało przyjęte, może, w drodze decyzji, zezwolić na spełnianie przez dziecko odpowiednio:
    1) obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem albo oddziałem przedszkolnym zorganizowanym w szkole podstawowej;
    2) obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.

    8a. Dziecko spełniając odpowiednio obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą może otrzymać świadectwo ukończenia poszczególnych klas danej szkoły lub świadectwo ukończenia tej szkoły na podstawie egzaminów klasyfikacyjnych przeprowadzonych przez szkołę, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.

    8b. Minister właściwy do spraw oświaty i wychowania określi, w drodze rozporządzenia, warunki i tryb udzielania i cofania zezwoleń na spełnianie przez dziecko obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem albo oddziałem przedszkolnym zorganizowanym w szkole podstawowej, obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą, sposób przeprowadzania egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 8a, a także sposób kontrolowania spełniania obowiązku w tej formie, uwzględniając:
    1) konieczność zasięgania przez dyrektora szkoły, przed wydaniem decyzji w sprawie zezwolenia, opinii publicznej poradni psychologicznopedagogicznej;
    2) konieczność zapewnienia dziecku odpowiednich warunków nauki;
    3) obowiązek realizacji przez ucznia szkoły podstawowej, gimnazjum lub szkoły ponadgimnazjalnej programów nauczania ujętych w szkolnym zestawie programów nauczania szkoły, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkoła;
    4) obowiązek przystępowania do rocznych egzaminów klasyfikacyjnych.




    Odpowiedź Rzecznika Praw Obywatelskich na powyższy komentarz: Pismo RPO



  • skocz do góry