wróć
  • do "artykuły" >
  • protest(1kB)
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    Przedszkolna propaganda, cz. I


        Edukacja wczesnoszkolna to termin, który wszystkim się pozytywnie kojarzy. Nie jest już taka ładna dla wszystkich, kiedy staje się przymusowa. A trzeba zaznaczyć, że wcale nie jest takie jasne, że przynosi ona takie cudowne efekty. Nie dajmy się więc zagłuszyć propagandowej maszynie. Bo dzieci, ani ich rodziny maszynami nie są.

        Upowszechnianie edukacji wczesnoszkolnej w polskich realiach może oznaczać zwykle rozszerzanie sieci publicznych przedszkoli, często z grupami co najmniej dwudziestoosobowymi. Mimo że początkowo system ma być „dla chętnych”, docelowo stanie się „dla wszystkich” budując tym samym trwały komponent publicznego systemu szkolnego (takie są wytyczne wspólnotowe). Słowo „edukacja” zagubi się w tym wszystkim, a będziemy mieli „wczesne szkoły” dla trzylatków. W imię czego?


    DOWODY „ZA”?

        Na stronie Fundacji Rozwoju Dzieci im. Jana Amosa Komeńskiego, czytamy o amerykańskich studiach przeprowadzonych w latach 1962-2004 „Wpływ przedszkola na życie jego wychowanków po 40 latach”*. Studia dotyczyły dzieci wywodzących się z nizin społecznych (do tego pochodzących z jednego miasta robotniczego, z rodzin afroamerykańskich, o dużym wskaźniku przestępczości!!!), a początkowe efekty eksperymentu wyglądały tak. „W wieku 7 lat dzieci przeszły test umiejętności szkolnych. Jego rezultaty były zniechęcające. Dzieci poddane opiece przedszkolnej nie osiągnęły dużo wyższych wyników w teście czytania i arytmetyki niż pozostałe dzieci. W następnych latach różnice pomiędzy obiema grupami znikły prawie całkowicie”. Okazuje się jednak, że naukowcy nie dali się zniechęcić i dowiedli, że grupie przedszkolnej wiedzie się w życiu lepiej pod wieloma względami, a wszystko to widać jak na dłoni, kiedy „przedszkolaki” osiągnęły wiek lat 40. Dla przykładu grupa przedszkolnych szczęśliwców zarabia o 5 tys. dol. rocznie więcej i w 65 % ukończyła szkołę średnią (w grupie nie-przedszkolnej 45%). Badanie to jest tak bzdurne, że aż cieszy, bo promotorzy edukacji wczesnoszkolnej nie mają nic lepszego na poparcie swoich tez. Nie do końca rozumiem, czy ma ono służyć jako dowód na cudowne efekty przedszkolne dla całej populacji, czy tylko tej z obszarów wiejskich, którą powszechnie uważa się za tę „gorszą”. Ale to nie koniec, bo czytamy dalej: „także statystyki policyjne pokazują różnice pomiędzy obiema grupami. Osoby uczęszczające do przedszkola rzadziej dokonują przestępstw. Różnice te zawsze wynoszą co najmniej kilkanaście %. Również mniej spośród nich zostało skazanych na karę pozbawienia wolności (28% w stosunku do 52% z grupy kontrolnej). Więcej mężczyzn z grupy przedszkolnej wychowała swoje dzieci (57 vs 30%). Częściej są oni zadowoleni z życia rodzinnego (75 vs 64%). Rzadziej sięgają również po środki uspokajające i narkotyki.” Brakuje jeszcze tego, żeby naukowcy dowiedli nam, że grupa przedszkolna cieszy się w życiu dorosłym lepszym seksem i żyje dłużej! Brak umiaru w udowadnianiu zbawczego wpływu przedszkola to tylko jeden z problemów. Jaką bowiem wartość mają badania na tej specyficznej, niewielkiej (tylko 123 dzieci, z czego tylko 58 zapewniono „wysokiej jakości edukację przedszkolną”!) i grupie społecznej ludzi, pochodzącej z jednej miejscowości? W ten sposób, wybierając jedno dobre liceum z danego miasta, można pokazać wysoki poziom polskich licealistów. W wielu krajach upowszechnienie przedszkolne wynosi ponad 90% - łatwo tam sprawdzić (np. Francja - 95%), czy w ten sposób uporano się tam z problemami społecznymi i czy uczniowie polepszyli wyniki szkolne. Na szczęście w badaniach tych uczciwie napisano o zaangażowaniu rodziców w cały proces edukacyjny. A tu cały klucz do edukacyjnego sukcesu, którego oświatowi biurokraci nigdy nie znajdą.


    ARGUMENTY „PRZECIWKO”

        Istotnie, w Stanach Zjednoczonych można znaleźć wiele studiów dotyczących skutków masowej edukacji (opieki) przedszkolnej (cały kraj nie ma jednolitego programu rządowych przedszkoli), które co najmniej chłodzą zapał zwolenników zorganizowanej edukacji wczesnoszkolnej albo z powodu swojej niewydolności albo wywoływanych szkód. Badania te interesują nad bardziej, bo nie dotyczą 58 dzieci z populacji Murzynów z rodzin przestępczych. Ważny głos w sprawie przedszkolnej pochodzi od prof. Belsky'ego, który rozpoczął swoją karierę jako zwolennik systemu daycare (w latach 70. tworzył środowisko akademickie, które twierdziło, że centra dziennej opieki dla dzieci generalnie przynoszą im korzyść), a także dr. Edwarda Ziglera, twórcy rządowego programu edukacyjnego dla małych dzieci Head Start.

        Po dekadach badań prof. Belsky stwierdził, że instytucjonalizowanie dzieci w ośrodkach dziennej opieki jest związane z ich późniejszymi problemami społecznymi (głównie ze złym zachowaniem). Według niego, uczęszczanie niemowląt do ośrodków dziennej opieki podważa ich poczucie zaufania, bezpieczeństwa i porządku świata. Dzieci takie czują się niepewnie, odczuwają większy niepokój, są bardziej agresywne, nadaktywne, częściej płaczą i źle się zachowują w wieku lat 9 i 10. Na konferencji prasowej w NICHD (National Institute of Child Health and Human Development) gdzie ogłosił swoje obserwacje w 2001 r., został w mediach ogłoszony „ekstremistą” i wrogiem „praw kobiet”, po czym zdyskredytowano jego metody badawcze. Belsky przyznał, że czasami czuje się jakby był w Związku radzieckim, gdzie tylko pewnym faktom zezwala się na bycie faktami. Belsky nie jest w swoich sądach odosobniony.

        Dr. E. Zigler przyznał, że uniwersalna edukacja przedszkolna nie osiągnie żadnych efektów, które marzą się rządowym decydentom: nie zmniejszy szkolnych niepowodzeń, nie podniesie szkolnych wyników, ani nie stworzy generacji zdolniejszych licealistów.

        I nie ma znaczenia, czy przedszkolne trwa pół dnia czy cały dzień. Różne studia wskazują, że wczesne rozpoczęcie formalnej edukacji prowadzi do „wypalenia się” (psycholog z Uniwersytetu Tufts prof. Dawid Elkind), obarcza dzieci niepotrzebnym stresem, frustracją, które hamują naukę w późniejszym okresie. Badacze sugerują, aby poczekać z formalną edukacją do późniejszego wieku, np. lat 8 (dr. Raymond Moore). Nie da się upiec chleba z mąki zrobionej z zielonego ziarna, nie da się masowo wyedukować wszystkich maluszków. Nowe studia (luty 2005) Goldwater Institute** także potwierdzają (oparte na analizie licznych programów wczesnej edukacji) płonne nadzieje pokładane w edukacji wczesnoszkolnej - nie ma praktycznie dowodów na wpieranie formalnej edukacji wczesnoszkolnej w przypadku dzieci pochodzących z klasy średniej, a w ich przypadku może mówić o szkodach - podaje raport.

        Profesor Lilian G. Katz w wykładzie wygłoszonym na zaproszenie Fundacji Rozwoju Dzieci im. Jana Amosa Komeńskiego w Polsce powiedziała: „Mamy dowody na to, że krótkotrwałe pozytywne efekty nauki nie zawsze są korzystne rozwojowo na dłuższą metę. Mogłoby się wydawać, że wprowadzenie zadań typu szkolnego w przedszkolu przynosi dzieciom wiele korzyści rozwojowych. Gdy jednak zbadamy te same dzieci po dłuższym czasie, okazuje się, że radzą sobie one gorzej niż ich rówieśnicy, którzy rozpoczęli naukę typu szkolnego później, a w dzieciństwie uczestniczyli w stymulujących intelektualnie zajęciach i zabawach związanych z dokonywaniem wyboru i podejmowaniem samodzielnych decyzji, czyli - mówiąc prościej - brali czynny udział w aktywizujących działaniach edukacyjnych” i dodaje: „Wspomnę jeszcze, że długotrwałe negatywne efekty zbyt wczesnego obciążenia pracą typu szkolnego zauważono przede wszystkim u chłopców” (patrz: Marcon).

        Amerykańska Akademia Pediatryczna także informuje o dramatycznym wzroście symptomów związanych ze stresem obecnie widocznych u dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Niektóre szkoły w USA oferują nawet „lekcje stresu” dla pierwszo- i drugoklasistów, a lekcje zaczynają się od pogadanki z psychologiem (Jak się czujesz? Czy mama cię nie bije?, Czy rodzice się kłócą?, etc.). Dr. Zigler sam przyznaje, że amerykański eksperyment systemu day care jest jednym ze znaczących powodem znacznego wzrostu przemocy dziecięcej. Eksperyment ten oczywiście znoszą dużo gorzej chłopcy, którzy dojrzewają później. (Dlaczego więc obowiązek szkolny obowiązuje ich w tym samym wieku co dziewczęta?). To przecież chłopcy częściej wracają do domu z uwagami, lądują w grupach wyrównawczych, są diagnozowani z zespołem nadpobudliwości ruchowej, dysleksją, itd. itp. Nawet w polskim piśmie „Twoje dziecko” czytam, że „Psychologowie przestrzegają też przed posyłaniem dziecka do przedszkola w okresie, gdy w jego życiu dużo się zmienia. Przeprowadzka, długie rozstanie z rodzicami, rozwód, pojawienie się drugiego dziecka - wszystkie te sytuacje połączone z przedszkolnym debiutem mogą potęgować poczucie zagrożenia. Lepiej wtedy poczekać, aż dziecko uspokoi się emocjonalnie”. Ale dzieci nikt o zdanie pytać nie będzie, ani ich rodziców (o tej fundamentalnej kwestii w drugiej części tego cyklu).


    CHOROBY

        W amerykańskim programie NBC przyznano (podaję za P. Schlalfy), że dzieci, które chodzą do centrów dziennej opieki chorują na grypę 12 razy częściej niż dzieci, które są wychowywane w domu. Efekty tego badania zostały podane przez amerykańską telewizję NBC w 1985 r., ale czy coś się jednak zmieniło w zachorowalności dzieci na choroby zakaźne? Wprowadzanie przymusu szkolnego we wczesnym wieku zmusza dzieci do dreptania po przedszkolnym poligonie zarazków (stąd cały system szczepień, który się będzie rozszerzał). Cierpią na tym w pierwszej kolejności maluchy, a potem inni członkowie rodziny, którzy zarażają się np. grypą. Pomijam tu zupełnie takie małe piwo jak wszy czy zatrucia stołówkowym jedzeniem, czy niedawne badania organizacji Greenpeace, która kontrolując 14 przedszkoli w kilku miastach Polski znalazła w nich wiele toksycznych substancji (poinformowano rodziców?). Czy matki mają prawo chronić własne dzieci (szczególnie te wątłe) przed tymi chorobami nie posyłając dziecka do przedszkola czy to może wyraz nadopiekuńczości?

        Ale załóżmy nawet, że pobyt w przedszkolu przynosi dzieciom jakieś korzyści, chociaż naukowcy chcą pokazać je na dzieciach zagrożonych, nie na ogólnej populacji (nie mówiąc już o dzieci inteligencji). Pomińmy zupełnie kwestię chorób na rzecz hartowania młodego pokolenia. Pomimo tego ogromnego kredytu zaufania danego zwolennikom rządowej edukacji wczesnoszkolnej i zignorowania niepokojących sygnałów o negatywnych efektach tego eksperymentu i tak pozostaniemy z wieloma pytaniami bez odpowiedzi. Gdzie czas na normalne dzieciństwo? Co z tymi domniemanymi korzyściami wypracowanymi w przedszkolu zrobi szkoła w następnych klasach? Czy gdziekolwiek widać te cuda rządowej edukacji wczesnoszkolnej? W wolnym państwie prawa rodzice nie mogą być zmuszani do korzystania z ośrodków dziennej opieki dla dzieci i mamieni przedszkolną propagandą. Nie mogą być osaczani rządowymi ekspertami od wychowania dzieci, którzy chcą im odbierać dzieci w coraz to wcześniejszym wieku pod pretekstami realizowania modnych w danym czasie teorii. Jeśli polscy rodzice nie zorganizują oddolnego lobby rodzinnego, oświatowi decydenci na stołkach będą mogli robić z ich dziećmi, co tylko im przyjdzie na myśl.




    Natalia Dueholm

    * Cały opis eksperymentu na http://www.frd.org.pl/ | tutaj >>>
    ** Pełny raport Goldwater Institute (nr 201, 8 luty 2005) | tutaj >>>

    Ustawa z dnia 27 czerwca 2003 r. o zmianie ustawy o systemie oświaty oraz o zmianie niektórych innych ustaw (po ust. 7 dodaje się ust. 7a w brzmieniu): „art. 7a. Na wniosek rodziców dyrektor szkoły, o której mowa w art. 14b ust. 2, może zezwolić na spełnianie przez dziecko obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem albo oddziałem przedszkolnym oraz określić warunki jego spełniania, uwzględniając konieczność uzyskania przez dziecko przed, rozpoczęciem spełniania obowiązku szkolnego opinii publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej.”




  • „Przedszkolna propaganda”, część II | tutaj >>>




  • skocz do góry