wróć
  • do "artykuły" >
  • protest(1kB)
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    Przedszkolna propaganda, cz. II


    - Wstawaj, wstawaj, trzeba iść do przedszkola!
    - Mamo. Ale ja już tam wczoraj byłam.



        Promowanie masowej, rządowej i przymusowej polityki przedszkolnej pod płaszczykiem edukacji wczesnoszkolnej jest eksperymentem społecznym opartym na niedobrych przesłankach i owianym niepokojącymi obserwacjami. Zawartość główek małych dzieci to jedna rzecz, druga to zmiana relacji pomiędzy rodzicami, ich dziećmi a rządem.


    Macierzyństwo reglamentowane

        Z obniżania przymusu szkolnego wynika podstawowa konsekwencja, której zdają się nie zauważać propagujący ją politycy- to reglamentowanie pełnoetatowego macierzyństwa. Obecnie to rząd ustala, że dane dziecko ma prawo do pełnej opieki matczynej do wieku lat 6. Potem taki rodzaj wychowania jest praktycznie sprzeczny z prawem, chyba że rodzice postarają się o zwolnienie z obowiązku uczęszczania do zerówki, co nie jest takie łatwe i wymaga zgody rządowych poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dość paradoksalnie, sprawa jest łatwiejsza w przypadku dzieci starszych, które mogą skorzystać z nauki w ramach edukacji domowej (czyli realizowania obowiązku szkolnego i nauki poza szkołą), ale znowu są zdani na decyzję dyrektora szkoły.* Kwestia jest poważna, ponieważ wnika w delikatną tkankę rodziny, a co więcej dotyczy małych dzieci, których w wieku od 3-6 jest w Polsce ponad półtora miliona. Ograniczając pełnoetatowe macierzyństwo, rząd ogranicza także kontakty z dziadkami, którzy często zajmują się dziećmi, kiedy mamy muszą pracować zawodowo poza domem. Wszystko na rzecz tzw. ekspertów od edukacji wczesnoszkolnej.


    Rządowe partnerstwo narzucane

        Oczywiście w Polsce otwarcie tak się tego nie formułuje, jednak obniżanie przymusu szkolnego narzuca także rodzicom rządowe partnerstwo w wychowaniu dzieci. Narzuca je także tym, którzy formalnie funkcjonują jako eksperci od wychowania, czyli tym, którzy ukończyli studia pedagogiczne (a bywa, że i wykładowcom studiów pedagogicznych,), a zarazem są rodzicami chcącymi wychowywać swoje dzieci bez partnerstwa z rządem (w ramach edukacji domowej). Jak bardzo rząd może nam się zdawać miły i sympatyczny, p. Jaruga czy Środa nie są z urzędu ciociami czy babciami dzieci wszystkich małych Polaków. Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje nam, że przymusowe, grupowe wychowanie niemowląt promują (a są nawet wnioskodawcami w niższej izbie parlamentu) radykalne feministki, które nigdy dzieci nie miały, a nawet nie pracowały w przedszkolu: Gloria Steinem, czy silnie lewicowy, bezdzietny senator Chris Dodd.


    Macierzyństwo osłabiane

        Amerykańskie studia finansowanego z pieniędzy podatników National Institute of Child Health and Human Development (NICHD) z 1997 pokazały, że im więcej czasu dzieci (studia na 3-latkach) spędzają w ośrodkach dziennej opieki (amerykańskich daycare), tym mniej przywiązania okazują swoim matkom, a ich matki im. Liczne dowody pokazują, że dzieci, które spędzają więcej czasu z rówieśnikami niż ze swoimi rodzicami przed osiągnięciem wieku 11 czy 12 lat, staną się zależne od rówieśników. Nauczą się uległości albo rywalizacji i złych zachowań- będą tzw. socjalizowani negatywnie, staną się więźniami społecznych i moralnych trendów. A relacja z matką i ojcem to podstawa zdrowego życia dorosłego człowieka. Chyba większość psychologów się z tym zgadza, może z wyjątkiem pani prof. dr hab. Anny Brzezińskiej, która na stronie Fundacji Rozwoju Dzieci im. Jana Amosa Komeńskiego informuje nas, że „nie tylko o mamę tutaj chodzi. To raczej potrzeba posiadania w najwcześniejszym okresie życia do mniej więcej końca 1 roku życia (sic!!!- przyp. ND) ) stałego opiekuna (sic!!- przy. ND), kogoś, kto na tyle często przebywa z dzieckiem, iż zna jego potrzeby, trafnie rozpoznaje momenty ich niezaspokojenia, w miarę szybko potrafi je zaspokoić, kto tworzy bezpieczne, bo czytelne i przewidywalne środowisko.” Trudno skomentować te poglądy inaczej, jak bardzo ekstremalne i groźne społecznie. Niestety to część pseudonaukowego trendu, który poucza nas o złych, bo nadopiekuńczych matkach, które nie potrafią zająć się dziećmi. Państwo ma zrobić to lepiej.


    Rodzice ubezwłasnowolnieni

        Za rozwój dzieci odpowiedzialni są ich rodzice (pomijam oczywiście marginalne przypadki, kiedy rodzice je porzucają - formalnie lub nieformalnie). Kiedy instytucje rządowe roszczą sobie prawo (czy nawet obowiązek) do podejmowania za nich decyzji jest to nie tylko niepoważne, obraźliwe dla rodziców, co szkodliwe dla rodzin, a pierwszym rzędzie dla dziecka. Co więcej, zakłada, że większość polskich mam nie jest wystarczająco dobra w swojej roli. Dziecko, które ma kochających rodziców, zwykłych ludzi, normalnych i przeciętnych (czyli większość Polaków) nie potrzebuje ani rzecznika praw dziecka, ani ministra edukacji, czy dziecięcego parlamentu, żeby się za nim wstawiali. Nikt nie znajduje się w lepszej pozycji jak rodzice i nikt nie zrozumie lepiej potrzeb danego dziecka. Dlatego trzeba stawiać rodziców w pozycji takiej, który wymaga od nich radzenia sobie z rodzicielstwem i dawania z siebie wszystko. Opieranie polityki na przesłance, że rodzice nie znają się na wychowaniu jest tworzenie polityki antyrodzinnej. Uderza ona często w rodziny, które realizują model oparty na ojcu-żywicielu i matce wychowującej dzieci, która nie czuje potrzeby posyłania małych dzieci do instytucji edukacji wczesnoszkolnej czy innej przechowalni. Wśród nich są rodziny wielodzietne, dzielnie walczące o swój byt bez pomocy państwa i wychowujące dzieci bez rządowego partnerstwa. Co zyskuje rząd i społeczeństwo prowadząc walkę z takimi rodzinami?


    Koszta narzucane

        Koszta, które z racji obniżania wieku obowiązku szkolnego muszą ponieść dzieci i ich rodziny nie można przeliczyć na pieniądze. Prof. dr hab. Anna Brzezińska informuje nas, że system edukacji wczesnoszkolnej nie jest drogi „wręcz odwrotnie - dobre przedszkole jest najlepszą inwestycją edukacyjną, tak dla rodziny, jak i dla całego społeczeństwa.” - pisze. To oczywiście nie do końca prawda. Zakładając, że inwestycja ta jest z gruntu dobra (a to ogromny kredyt zaufania, jakiego dopraszają się zwolennicy przedszkoli dla trzylatków), i tak jej organizacja jest ogromnie kosztowna i uczciwość nakazuje informować o tym podatników, którzy za to płacą (nawet jeśli są to fundusze wspólnotowe, polski podatnik na nie łoży). Nikt nie wymyślił lepszego systemu wychowania dzieci jak rodzina. Taki system jest sprawiedliwy, słuszny wychowawczo, efektywny i najtańszy. Tworzenie publicznych placówek masowego wychowania dla niemowląt narzuca płacenie za nie ludziom, którzy sami wychowują swoje dzieci w domu (w tym rodziny wielodzietne, dla których każdy grosz się liczy), już je wychowali, albo dzieci nie mają i mieć nie będą, aby dotować matki, które mają np. ochotę robić karierę w biznesie. Nie ma oczywiście mowy o sprawiedliwości takiego systemu i warto to sobie uświadomić. Do rządu nie należy ułatwianie życia kobietom, które nie chcą zajmować się swoimi dziećmi, albo są znudzone w domu, tym samym faworyzowanie feministycznych stylów życia i obarczanie kosztami takich wyborów całego społeczeństwa. Polacy jednak chętnie za to zapłacą en bloc, gdyby jednak dany Kowalski miał zapłacić za przedszkole dzieciaków sąsiadki z góry, na pewno by się nad tym co najmniej zastanowił.

        Matki pracujące na etatach nie zajmują się swoimi dziećmi przez co najmniej połowę dnia. Wiele z nich nie chce płacić wysokich kosztów opiekunek dla własnych dzieci (nawet gdyby było je na to stać). Najlepiej chciałyby, aby państwo zapewniało taką opiekę dzieciom albo ją silnie dotowało (to kolejny ukryty cel wczesnej edukacji). Jeśli państwo samo wyrywa się z odbieraniem kilkuletnich dzieci ich rodzicom, w przyszłości będzie musiało liczyć się z tym, że taka opieka będzie musiała być zapewniona do wieczora dla matek robiących kariery. I wtedy już to się nie będzie tak podobać przedszkolankom. Państwo i media zaczną coś przebąkiwać, że właściwie odpowiedzialność za opiekę dzieci spoczywa na rodzinach. Tylko że wtedy będzie już na to za późno. Rolą państwa jest stanie na straży zdrowej relacji - to rodzice ponoszą moralną i finansową odpowiedzialność za własne dzieci.

        Nikt nie pyta rodziców o zdanie - dziś do szkoły mają maszerować sześciolatki, jutro pięciolatki, itd. Rząd wymyślił, media lansują, a prawdziwej debaty publicznej nie ma (i nie będzie dopóki rodzice nie wytworzą własnego lobby strzegącego ich praw i obowiązków). A tu w końcu chodzi o dzieci. Ich rodzice muszą mieć wybór decydowania o ich sposobie wychowania, nawet jeśli w obecnej rzeczywistości nie pali się do tego aż tak wielu. Warto pamiętać, że dzieci mają swoje trzy latka tylko raz w życiu. Ten czas nigdy się nie cofnie i nie powtórzy. Rodzice w swej starości zastanawiają się nad różnymi rzeczami i różnych rzeczy żałują. Wątpię, że wielu żałuje, że nie posłał dziecka wcześniej do szkoły, aby się więcej formalnie pouczyło - a wielu jest takich, który żałowali, że za mało czasu spędzili z dzieckiem. Psim obowiązkiem państwa jest tego czasu nie zabierać, nawet w imię najpiękniejszej ideologii!

        Liczba placówek przedszkolnych zakładanych przez inne organa założycielskie jest niewielka i nie wypełni jeszcze długo luki powstałej po likwidacji prawie 4000 przedszkoli (dużą ich część stanowiły przedszkola samorządów gminnych) w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Sieć placówek niepublicznych rozwija się bardzo powoli i przede wszystkim w miastach. Przedszkola tworzące tę nową infrastrukturę opieki przedszkolnej w Polsce zostały założone m.in. przez Ministerstwo Obrony Narodowej - 81, organizacje społeczne i stowarzyszenia - 50, osoby prawne - 6, fundacje - 9 oraz organizacje wyznaniowe - 287. Ponadto w kraju w 2001 roku funkcjonowało również 379 przedszkoli prywatnych, w tym na wsi tylko 60 tego typu placówek.




    Natalia Dueholm

    Źródło: Dr Krystyna Kamińska, Katedra Pedagogiki Przedszkolnej i Wczesnoszkolnej, Unwersytet Łódzki

    * W miejscu, gdzie obecnie mieszkam, czyli w Minnesocie, to rodzice informują dyrekcję szkoły, że ich dziecki nauczane jest domowo i podają nazwisko egzaminatora, który pod koniec roku nauki - dla ich wiadomości - sprawdzi wyniki nauczania w ich własnym domu. Dyrekcja szkoły nie otrzymuje wyników tych testów. Wyobrażam sobie, że taka sytuacja w ogóle nie mieści się w głowach niektórych polskich decydentów i przedstawicieli oświaty.




  • „Przedszkolna propaganda”, część I | tutaj >>>




  • skocz do góry