wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    Kiedy dziecko przestaje zadawać pytania, to nigdy szczęśliwe nie będzie

    Rozmowa z p. Tomaszem Rożkiem, dziennikarzem, autorem nagrodzonej książki „Nauka - po prostu”.



    - Pana książka jest zbiorem wywiadów na różne bardzo poważne tematy naukowe. Porusza Pan m.in. tematy nanotechnologii, cybernetyki i genetyki. Do jakiego czytelnika jest adresowana?
    - Czytelnika, który jest ciekawy świata. Starałem się, aby książka trafiła do ludzi, którzy nie mają wykształcenia kierunkowego. Oczywiście, muszą mieć wiedzę podstawową, np. wiedzieć, co to jest gen, rozumieć, że świat złożony jest z atomów. Starałem się przemawiać do ludzi, którzy są otwarci, inteligentni, interesują się światem i niekoniecznie mają wiedzę ukierunkowaną. Pisałem więc do młodzieży, licealistów, także do osób dorosłych. Na przykład do ludzi, którzy skończyli studia z różnych kierunków i chcą wiedzieć, jak działa świat. Do ludzi, którzy potrzebują ukierunkowania, aby zrozumieć całość.

    - Dlaczego wybrał Pan formę wywiadu?
    - Właśnie dlatego, żeby naukowcy pomogli nam tę wiedzę uporządkować. Zależało mi też, aby naukowcy powiedzieli wprost, co jest faktem, a co nim nie jest, co jest bzdurą. Czytelnicy mają często problemy z rozróżnieniem np. badań poważnych i niepoważnych. Czasem media przedstawiają badania niepoważne po to tylko, żeby udowodnić jakąś tezę. Problem taki występuje z badaniami genetycznymi i klimatycznymi. Zależało mi też na tym, aby naukowcy, z którymi przeprowadzałem wywiady mówili o tym, czym się konkretnie zajmują, w co są bezpośrednio zaangażowani. Chodziło mi o informacje z pierwszej ręki. Sam oczywiście mogłem napisać o tym artykuły, ale to nie to samo, jeśli się o czymś tylko przeczytało.

    - Rozróżnił Pan badania poważne i niepoważne, a co ze sponsorowanymi?
    - Tak, w Ameryce np. prawie wszystkie badania są sponsorowane przez jakieś prywatne instytucje. Może oczywiście stać za tym dany interes. Media powinny to sprawdzać, ale dziennikarzom się nie chce, nie mają na wszystko czasu. Nawet czasem poważna gazeta zacytuje jakąś bzdurę. Czasami dziennikarz, którego wiedza nie może się równać wiedzy specjalisty, pomimo dobrych chęci sam nie jest w stanie rozróżnić co jest wartościowe, a co nie. Wtedy najlepiej zapytać eksperta. Ja właśnie to zrobiłem.

    - Został Pan uznany za najlepszego popularyzatora nauki wśród dziennikarzy. Pisze Pan do młodych i dorosłych czytelników. Do kogo woli Pan adresować swoje artykuły?
    - Lubię po prostu pisać do ludzi otwartych i inteligentnych. Do tych, którzy niekoniecznie podzielają moją poglądy. Kiedy pisałem o robotach, niektórzy pisali do mnie, że jestem zbyt bojaźliwy. Inni za to, że nie zauważyłem pewnych zagrożeń. Lubię taką wymianę poglądów, bo wtedy się uczę. Praca dziennikarza łączy się czasem z zadufaniem w sobie.

    Ale oczywiście pisanie do dzieci musi być inne od tego dla dorosłych. Trzeba odwoływać się do przykładów i to takich, które dziecko zrozumie. I do tego, co samo może sprawdzić korzystając z tego, co mama ma w kuchni. To nie mogą być tylko piękne zdjęcia. Taka praca daje dużo satysfakcji.

    - Sam jest Pan ojcem i ma Pan małe dzieci. Jaką ma Pan wizję przybliżania im wiedzy z dziedzin ścisłych?
    - Ostatnio robiliśmy urządzenie do przygotowywania bawarki. Pouczyliśmy się trochę o ciśnieniu i naczyniach połączonych. Moje sześcioletnie dzieci są już na tyle duże, żeby stawiać sensowne pytania. Dziecka nie można traktować jak głupka. Szkoły, przynajmniej te, jakie znam, nie premiują otwartego umysłu. Mogę to zrozumieć w sensie logistycznym, że dziecko nie może przez całą lekcję pytać. Ale w domu dziecko powinno móc pytać bez obawy. Na przykład w sobotę moje dziecko obudziło mnie z pytaniem, co się stanie, jak musztardę wsadzimy do zamrażarki. Wstałem i zrobiliśmy to proste doświadczenie. Zależy mi na tym, aby moje dzieci wiedziały, że zawsze się mogą zwrócić z pytaniem do ojca. Aby miały pewność, że zawsze mogą pytać.

    - A co Pan myśli o edukacji domowej?
    - Jestem za, sam bym ją chętnie wdrożył. Rozmawialiśmy o tym z żoną, ale mieliśmy wątpliwości, czy jedna osoba poradzi sobie z naszymi szalejącymi bliźniakami i przeważyła decyzja o posłaniu do szkoły. W tym roku dzieci rozpoczęły szkołę i mam mieszane uczucia.

    - Jaki magazyn mógłby Pan polecić rodzicom kształcącym dzieci w domu, aby mogli przybliżyć dzieciom wiedzę z różnych dziedzin? Może coś specjalnego dla dzieci?
    - Trudno mi coś takiego polecić. Może „National Geographic Kids”, ale nie ma w nim doświadczeń. Mój znajomy, Wojtek Mikołuszko odpowiada na różne pytania dzieci na swoim blogu: www.adlaczego.blogspot.com. Wydał też książkę, którą tam reklamuje.

    - Czy istnieje książka, która wywarła na Panu największe wrażenie, jak był Pan dzieckiem?
    - To trudne pytania. Trochę nie wiem, jak odpowiedzieć...Ja nawet w piątej klasie ledwo czytałem. Moi rodzice już wychodzili z siebie.

    - Ciekawe, ciekawe, dziennikarz, który do 12 lat czytać nie potrafił...
    - I pisać też nie umiałem, wciąż robię błędy, jak się mocno koncentruję na treści. Ale wracając do sprawy z czytaniem. Moja rodzina jest bardzo liczna, mam dziewięciu kuzynów i jako dzieci wszyscy razem wyjeżdżaliśmy na wakacje. Jeden z moich kuzynów był w tym wieku, co ja i mieliśmy te same lektury do czytania. Pamiętam, że chodziło o „W pustyni i w puszczy” i umówiliśmy się, że z lenistwa ja czytam jedną stronę, drugą mój kuzyn, a trzecią mój tato. Mój tato jednak nie wytrzymał naszego dukania i postanowił, że sam będzie czytał, a my będziemy słuchać. Jedna z moich cioć w końcu wymyśliła, że zaprosi na wakacje swojego znajomego, profesora filozofii, żeby nam powiedział, jak to dobrze czytać książki, bo wtedy można do czegoś dojść w życiu itd. Taki był jej plan, ale profesor o tym nie wiedział. I w końcu przy nas moja ciocia powiedziała: „Opowiedz im o tym, jak dużo osiągnąłeś, bo oni nie potrafią czytać. A on na to: „Krystyna, ale ja czytać nauczyłem się dopiero w liceum!”.

    - Niesamowita historia. Rzeczywiście w środowisku edukacji domowej trwają dyskusje na temat tego, kiedy i jak uczyć dzieci czytać. Chyba główny problem polega na tym, że rodzice czują presję otoczenia, aby dziecko jednak nauczyło się czytać jak najwcześniej.
    - Tak, i ciągle posyłają dzieci na jakieś kursy, korepetycje. Na swoich spotkaniach mówię rodzicom, że nie ma zależności pomiędzy wzorowym uczniem, dobrymi studiami i dobrą pracą, a szczęśliwym życiem. Wydaje mi się, że inna zależność jest bardziej prawdziwa. Kiedy dziecko przestaje zadawać pytania, to nigdy szczęśliwe nie będzie. To, co może je uszczęśliwić to umiejętność rozumowania, znajdowania odpowiedzi.

    - Bardzo dziękuję za rozmowę.
    Rozmawiała Natalia Dueholm.

    Zapraszamy: http://demart.com.pl/product/376,nauka-po-prostu--wywiady-z-wybitnymi.html





  • skocz do góry