wróć
  • do "wywiady"
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    Księga zwycięzców

    Rozmowa z doktorem Tomaszem Szczechem, adiunktem w Filii Uniwersytetu Łódzkiego w Tomaszowie Mazowieckim, autorem książki dla dzieci pt. „Księga zwycięzców”.

    Napisał Pan o swojej książce: „Opowiadam w niej historię Kościoła chrześcijańskiego. Barwne dzieje życia postaci takich jak Augustyn z Hippony, święty Patryk, Bernard z Clairvaux, Marcin Luter czy hrabia Mikołaj von Zinzendorf są dla mnie kluczem do opowiadania o sukcesach i porażkach Kościoła w poszczególnych epokach oraz wyzwaniach, przed którymi stawało chrześcijaństwo na przestrzeni wieków”. Skąd wziął się pomysł na przybliżenie dzieciom takiego tematu?
    Ze szkoły średniej wyniosłem przeświadczenie, że historia chrześcijaństwa to krucjaty, palenie ludzi na stosach i wojny religijne. Podczas studiów zacząłem samodzielnie badać dzieje Kościoła, aby znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie wówczas pytania. To, co odkryłem, bardzo mnie zaskoczyło. Uznałem, że dobrze będzie przekazać pokoleniu moich dzieci ogólny zarys historii chrześcijaństwa, zwracając uwagę na to, co moim zdaniem szczególnie ważne, a o czym – niestety - nie usłyszą na lekcjach historii. Innym źródłem inspiracji było to, że brałem udział w pracach nad antologią tekstów dla młodzieży zatytułowaną „Księga cnót” pod redakcją Zbigniewa Raua. Moja „Księga zwycięzców” nawiązuje do „Księgi cnót” pod tym względem, że jest adresowana do dzieci i młodzieży oraz służy budowaniu charakteru, choć ma też inne cele. Pisząc tę książkę, myślałem przede wszystkim o moich córkach: Ani i Sarze. Jak każdy rodzic, chciałem przekazać swoim dzieciom wartościowe dziedzictwo. W moim przypadku tym dziedzictwem jest wiedza o drodze, jaką przebył Kościół chrześcijański w ciągu dwóch tysięcy lat swego istnienia. Źródłem „Księgi zwycięzców” jest zatem miłość do dzieci. Sądzę, że to czyni ją wartościową.

    Tomasz Szczech

    Darzy Pan głęboką sympatią chrześcijaństwo jako całość. Taka postawa staje się chyba coraz mniej popularna. Jak się Pan w tym znajduje?
    Faktycznie, gdy chodzi o Zachód, to chrześcijaństwo wydaje się być w odwrocie. Ten sam trend dociera do Polski. Przeciętny Polak jako dziecko chodzi na religię i słyszy, że Kościół jest uosobieniem dobra. Potem dorasta, uczy się o inkwizycji, widzi religijną obłudę, słyszy o skandalach wśród duchowieństwa itd. W rezultacie albo odrzuca chrześcijaństwo, albo staje się wobec niego obojętny, albo przybiera postawę głuchego na argumenty dewota. Udało mi się uniknąć tych pułapek. Poznawanie historii Kościoła odarło mnie z wielu złudzeń, ale ostatecznie umocniło moją wiarę w Boga. Odkryłem, że święci nie byli ludźmi z marmuru. Starałem się pokazać ich z sympatią i humorem, bo byli sympatycznymi ludźmi. Naśladowanie marmurowych pomników jest męczące, zresztą nie ma ono sensu.

    W Polsce jest sporo ludzi, którzy darzą głębokim oddaniem katolicyzm. Uważam, że pojęcie Kościoła nie zamyka się w instytucjonalnych ramach Kościoła rzymskokatolickiego. Dlatego wśród zwycięzców mam zarówno świętych katolickich, jak i protestanta Bonhoeffera, a nawet Dirka Willemsa, który nie był ani katolikiem, ani protestantem.

    Poza prezentacją biografii zwycięzców próbowałem opowiedzieć dzieciom o bardzo trudnych rzeczach, takich jak schizma wschodnia, krucjaty, inkwizycja czy reformacja. Oczywiście, łatwo jest przedstawić każdy spór jako czarno-biały i powiedzieć: „nasi mieli rację, a tamci nie”. Ale to jest kłamstwo. Dzieciom należy mówić prawdę, nawet bolesną, a może zwłaszcza tę bolesną. Czasem należy wskazać na złożoność sytuacji, gdy obie strony sporu miały za sobą jakieś racje. Innym razem trzeba rozłożyć ręce i powiedzieć: „tak, to było bardzo złe, wręcz obrzydliwe”.

    Dlaczego według Pana dzieci powinny czytać biografie ludzi świętych?
    Odpowiedź jest dwojaka. Gdy chodzi o chrześcijan, to Biblia zachęca do zachowania pamięci o bohaterach wiary, którzy żyli przed nami (List do Hebrajczyków 13:7). Czytanie biografii ludzi, którzy odnieśli sukces w takiej czy innej dziedzinie ma, jak wierzę, kluczowe znaczenie dla odniesienia sukcesu. Dla chrześcijanina takim sukcesem jest przezwyciężenie swoich słabości i upodobnienie się do Chrystusa. Warto więc czytać biografie ludzi, którym się to udało. Im wcześniej się zacznie, tym lepiej. Nie trzeba jednak być chrześcijaninem, żeby czerpać inspirację z biografii ludzi świętych. Wszyscy oni służyć mogą za przykład determinacji w dążeniu do obranego celu, poświęcenia innym oraz bezkompromisowej wierności wyznawanym przekonaniom. To wartości uniwersalne, niezależne od naszego stosunku do Jezusa Chrystusa i chrześcijaństwa.

    W swojej książce opisuje Pan historię Dietricha Bonhoeffera, który w katolickiej Polsce nie jest chyba znaną postacią. Dlaczego zdecydował się Pan na przedstawienie tej właśnie postaci?
    Powodów było kilka. Jednym z nich była wspomniana przez Panią nieznajomość jego osoby. Tymczasem jest to piękna, inspirująca postać. Potrafił nazwać po imieniu zło, które opanowało Niemcy. Kochał Niemców na tyle głęboko, że wolał być uznany za zdrajcę niż popierać Hitlera. Bonhoeffer powinien stać się bliski Polakom również z tego względu, że urodził się i działał na ziemiach, które dziś znajdują się w granicach Polski. Innym powodem, dla którego zdecydowałem się przedstawić tę właśnie postać było nurtujące mnie pytanie: „jak zachowałoby się dzisiejsze młode pokolenie wobec powszechnie uwielbianego przywódcy, głoszącego zbrodniczą ideologię?” Bez silnego moralnego kręgosłupa opór przeciw komuś takiemu jest niemożliwy. Bywam w Niemczech i z niepokojem obserwuję wzrastającą wśród tamtejszej młodzieży fascynację marksizmem i nazizmem. Podobne zjawiska mają miejsce we Francji, gdzie rośnie w siłę agresywna postać islamu. Obawiam się, że pokolenie moich dzieci zetknie się z odrodzonym totalitaryzmem. Chcę je na to przygotować.

    W szkole praktycznie nie czyta się biografii sławnych ludzi. Co Pan na to powie?
    Mam wrażenie, że szkoła unika podejmowania kontrowersyjnych tematów, a wielcy ludzie to często postaci kontrowersyjne. Czytanie biografii jest ważne, ale nie sądzę, żeby szersze ich uwzględnienie w programie szkoły czy wykazie lektur na wiele się zdało. Obawiam się, że w szkole biografia zostanie spłycona do kilku banalnych stwierdzeń w rodzaju „Mickiewicz wielkim poetą był”, które uczeń opanuje na podstawie ściągniętego z internetu streszczenia. W rubryce dziennika pojawi się stosowna adnotacja, punkt programu zostanie zrealizowany. Tymczasem czytanie biografii to obcowanie z życiem człowieka. Do tego potrzebny jest mniej biurokratyczny kontekst niż ten, którego dostarcza szkoła.

    Pisząc „Księgę zwycięzców” miałem przed oczami obraz rodzica, który czyta ją swoim dzieciom. Sam dwukrotnie czytałem ją moim córkom, rozmawialiśmy o jej bohaterach. Uważam, że moja książka ma wartość edukacyjną, ale nadaje się do stosowania w środowisku, które nie boi się szczerej rozmowy, i ma na nią czas. Czyli we w miarę zdrowym domu.

    Jest Pan sympatykiem edukacji domowej. Jakie według Pana miejsce w kształceniu dzieci ma dzisiaj kształtowanie charakteru? W jaki sposób powinno się go rozwijać?
    W dzieciństwie dużo chorowałem, i samodzielnie zdobywałem wiedzę, czytając wszystkie książki, jakie miałem pod ręką. Odkryłem pasję zdobywania wiedzy. Szkoła czasem mi w tym pomagała, czasem nie, ale nie traktowałem jej jako niezastąpionego źródła moich wiadomości. Wiedziałem, że sam muszę dążyć do poznania świata. Sympatyzuję z edukacją domową, ponieważ wierzę, że dom jest najlepszym miejscem dla rozpalenia i podtrzymania ognia edukacyjnej pasji. Są też inne powody, dla których popieram ten rodzaj edukacji. Jako nauczyciel akademicki stykam się z dorosłymi ludźmi, którzy przeszli długoletni proces kształcenia w szkole. Zdarza mi się spotykać osoby tak kompletnie pozbawione elementarnej wiedzy o świecie, że stanowią one żywy dowód kontrproduktywności systemu edukacji. Mówię o niektórych studentach. Sądzę, że gdyby w szkołach nie wpojono im wyjaławiających umysł nawyków, byliby mądrymi czy nawet błyskotliwymi ludźmi. Niestety, system doprowadził do trwałego upośledzenia ich zdolności poznawczych.

    Gdy chodzi o kształtowanie charakteru, to rzeczą oczywistą jest, że dzieci naśladują przykład rodziców. Trzeba samemu mieć charakter, żeby przekazać go dzieciom. Ważne jest spędzanie czasu z dziećmi i dzielenie się z nimi własnymi doświadczeniami oraz doświadczeniami innych ludzi, o jakich czytamy w biografiach. Ważne jest, by przyznawać się do błędów i traktować porażkę jako okazję do nauczenia się czegoś, a nie pretekst do potępienia.

    Za najlepszy sposób kształtowania charakteru dzieci uważam odnoszenie zwycięstw nad własnymi słabościami i dzielenie się tym z dziećmi. Jako rodzice cieszymy się dobrą relacją z córkami, i widzimy, jak ich charakter odzwierciedla zarówno nasze mocne strony, jak i nasze słabości. Czytanie biografii chrześcijan minionych stuleci uważam za szczególnie pomocne, gdy chodzi o zachętę do odnoszenia zwycięstw. Opisywani przeze mnie bohaterowie przeciwstawiali się władcom, dla wyższych celów porzucali osobistą wygodę, a nawet – jak Dirk Willems – ryzykowali życiem, aby ratować swych nieprzyjaciół.

    Oczywiście, kształtowanie charakteru to nie same zwycięstwa. Trzeba nauczyć siebie i dzieci „zarządzania porażką”. Sądzę, że moralna porażka jest przede wszystkim grzechem wobec Boga, i trzeba ten grzech wyznać, przyjąć przebaczenie i podążyć nową drogą. I znów z pomocą przychodzą nam biografie. Dobrym przykładem może być opisany w „Księdze zwycięzców” św. Kolumban Starszy, który swym nieodpowiedzialnym zachowaniem doprowadził do śmierci setek ludzi, ale podniósł się z upadku i ocalił życie wielu innych.

    Dziękuję za rozmowę.
    Natalia Dueholm


    Sympatyczny filmik autorstwa p. Szczecha i jego córek:
    http://www.youtube.com/watch?v=qQLqpOg31z4&feature=channel_video_title

    Okładka do ściągnięcia |Pobierz dokument w formacie .pdf 





  • skocz do góry