wróć
  • do "wywiady" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Natalia Dueholm

    „Wolność jak powietrze”

    - rozmowa z Tomaszem Telukiem, edukowanym domowo dziennikarzem, komentatorem TechCentralStation.com, ekspertem Center fot the New Europe



    Jak na razie nieliczni Polacy edukują domowo w Polsce. Nasi rodacy nauczają jednak własne dzieci w USA, Kanadzie, Anglii, Niemczech, Syrii czy Kazachstanie. Teraz spotykam Pana z doświadczeniem edukacji domowej w Tunezji. Czy może Pan opowiedzieć, jak to się stało, że Pan tam trafił i w jakim wieku był Pan edukowany domowo?
        - Edukacja domowa była powszechna „za komuny”, szczególnie wśród rodziców i dzieci pracowników kontraktowych, zatrudnianych masowo np. w krajach afrykańskich. Ojciec wykładał na politechnice w Tunezji. Moja edukacja domowa przypadła na okres szczególny, bowiem na lata 1988-1990, a więc okres niepewności i zmian, odrzucenia sowieckiego totalitaryzmu. Rodzice zastanawiali się, czy wracać do Polski, czy udać się na emigrację. Jednak odrodzenie wolności zadecydowało o powrocie do kraju. Mogę powiedzieć, że było to jedno z decydujących doświadczeń w moim życiu. Edukacja domowa była alternatywą dla nauczania w obcej kulturowo szkole arabskiej. Wieczorami uczęszczałem jednak do Centrum Kultury Francuskiej - ucząc się francuskiego i angielskiego. Temu zawdzięczam biegłą znajomość tych języków. W socjalizacji lokalnej społeczności najważniejszy był Kościół. Była to prawdziwa wspólnota katolicka, w której główną rolę odgrywali francuscy misjonarze i wierni - głównie Polacy.

    Kim jest Pana mama z zawodu?
        - Bynajmniej nie belfrem! Mama jest z zawodu lekarzem stomatologiem. Nasza domowa szkoła liczyła dwóch uczniów: mnie i brata, niekiedy kilku - gdy na „wykłady” czy „ćwiczenia” przychodzili moi albo jego koledzy. Był to dla rodziny ważny moment, właściwie jedyny, kiedy matka mogła się nami zająć - w socjalizmie pracowała przecież zawodowo na dwóch etatach. Każde państwo ma destrukcyjny wpływ na rodzinę. Wiele zawdzięczam matce. Zapamiętałem „lekcje odkłamywania historii ”. Wtedy rozmawialiśmy o mordzie w Katyniu, prawdzie o Powstaniu Warszawskim, i innych zbrodniach Sowietów przeciw narodowi polskiemu, które znałem wcześniej tylko z opowieści dziadka, który walczył w partyzantce. Dopiero później czytaliśmy Roszkowskiego, pierwsze egzemplarze tej książki pojawiły się tuż po Okrągłym Stole. Jako lekarz, matka była nieocenionym nauczycielem biologii i chemii. W tradycyjnej szkole byłem miernym uczniem z tych przedmiotów. W czasie domowych lekcji udało mi się nadrobić wszelkie zaległości, co byłoby nie do pomyślenia w państwowej placówce, gdzie nauczyciel nie znajduje czasu dla dzieci. Dużo pisałem, jak widać pasje pisarskie pozostały...

    Większość rodziców edukujących domowo to osoby wykształcone. Ale nawet one wątpią często w swoje możliwości, szczególnie gdy chodzi o naukę nastolatków. Czy Pana mama nie obawiała się, że nie da rady? Czy pobierał Pan lekcje u przyjaciół rodziców?
        - Pani Natalio, nigdy nie jest tak, że jeśli rodzice decydują się na naukę w domu, pozostawieni są sami sobie. Między rodzinami, które decydują się na taki krok, tworzy się naturalna więź. Często rodzice-nauczyciele dzielą się swoimi doświadczeniami i dochodzi do zamiany ról, a nawet grupowego rozwiązywania problemów, czego nigdy nie doświadczy się w tradycyjnej szkole. Praca w takich grupach: rodzice-dzieci jest bardzo częsta. Pamiętam, że wspólnie radziliśmy sobie z trudniejszymi zadaniami na spontanicznie zwołanych „konsultacjach”. Wykształcenie jest okazją do wykazania się, chyba wtedy zaczyna się doceniać rodziców za ich intelektualne umiejętności. Dla mnie była to także okazja do podróży. Pamiętam, jak na dwutygodniowe lekcje fizyki pojechałem do oddalonego o kilkaset kilometrów miasta. Zmiana otoczenia, inne spojrzenie, spowodowały, że niewykonalne zadania stały się dla mnie rutyną. W państwowej podstawówce pewnie na tę samą czynność traciłbym miesiące albo musiałbym zapłacić nauczycielowi za korepetycje, których rozmiary, notabene, w Polsce przybierają postać patologiczną, przecząc mitowi o „darmowym” charakterze publicznej edukacji.

    Jak konkretnie wyglądały Pana dnie na nauce?
        - System edukacji domowej polegał na indywidualnym przerabianiu materiału, pisaniu semestralnych prac kontrolnych, ocenianych przez nauczycieli, którymi byli inni rodzice, oraz zdawaniu państwowych egzaminów przy polskiej ambasadzie. Czułem się wyróżniony - niemal jak student! Mój dzień wolny był od schematu. Rano uczyłem się zwykle sam, naturalnie nie codziennie. Następnie przerabialiśmy wspólnie z matką podzielony na części materiał. Więcej pracy było tylko, gdy zbliżał się termin oddania prac, a także przed egzaminami. Nie ukrywam, że miałem więcej od rówieśników czasu wolnego. Mogłem poświęcić go na rozwijanie własnych zainteresowań - czytelnictwo prasy czy literatury. Równie wartościowe, a może nawet bardziej, było poznawanie obcych kultur, spotykanie ciekawych ludzi, niezapomniane wycieczki, kontakt z przyrodą, komputerami. Edukacja domowa radykalnie odbiegała od klimatu socjalistycznej podstawówki. Miała charakter wielowymiarowy, nieporównywalnie bogatszy, a jednocześnie - zindywidualizowany.

    Wspomniał Pan brata, innych uczniów nauczanych w szkole domowej pani Teluk, a także socjalizację w Kościele. Wielu ludziom zdaje się, że najlepsza socjalizacja odbywa się w szkole - najlepiej publicznej i wyobrażają sobie, że dzieci edukowane domowe siedzą cały czas w domu, nie widząc nikogo oprócz rodziców. Jak Pan to skomentuje?
        - Uważam, że rodzice powinni mieć wybór odpowiedniej drogi kształcenia dla swoich dzieci. Edukacja w szkole publicznej to zdecydowanie najgorsze rozwiązanie. Szkoła publiczna kształci uczniów w duchu etatyzmu, kolektywizmu i lewactwa. Nie pozwala na indywidualny rozwój zainteresowań i pełna jest patologii np. mój znajomy terapeuta przyznaje, że w niektórych grupach wsparcia 30 proc. leczonych to nauczyciele ze szkół państwowych, stąd można wysnuć wniosek, że jest to grupa nieradząca sobie z frustracjami i mająca szkodliwy wpływ na uczniów. Państwo nie powinno zawłaszczać naturalnej roli rodziców w procesie wychowania potomstwa. Jeśli ktoś chce, aby jego dziecko wzrastało w grupie, zrobi lepiej oddając swoją pociechę do szkoły prywatnej czy zakonnej - obie formy kształcenia cieszą się przecież o wiele większą efektywnością i prestiżem niż szkoły publiczne.

    Amerykańskie badania doktora Briana Ray'a z 2003 r. nad 7300 edukowanymi domowo dorosłymi pokazują, że ludzie ci w przeważającej większości są zadowoleni z tego doświadczenia (pięć tys. badanych było edukowanych domowo co najmniej przez siedem lat) i określają się jako szczęśliwych w życiu prywatnym i zawodowym. Jak Pan to skomentuje?
        - To ważny wniosek, płynący z badań, jednakże należy pamiętać, że edukacja domowa nie jest odpowiednia dla wszystkich i niektórym uczniom może towarzyszyć poczucie osamotnienia i izolacji, zwłaszcza wtedy, gdy proces prowadzony jest nieumiejętnie lub odbywa się w rodzinach dysfunkcyjnych. Jednak trudno tutaj winić wyłącznie edukację domową za pewnego rodzaju negatywne uczucia wynikające np. z braku kontaktu z rówieśnikami. Skoro tylko mała grupa nie czuje się szczęśliwa w życiu prywatnym i zawodowym, nie ma dowodów, że działo się tak na skutek edukacji domowej, bądź, że gdyby chodzili do państwowej szkoły, zaznaliby szczęśliwości w życiu dorosłym. Mniemam, że odsetek sfrustrowanych i nieszczęśliwych osób po szkołach państwowych jest przytłaczająco wyższy. Dzieci edukowane domowo przecież też mają wiele kontaktów rówieśniczych, np. na lekcjach religii czy tenisa.

    Ta mała grupa niezadowolonych z przebytej edukacji domowej to konkretnie 2%. Ludzie ci uważają, że z tego powodu mieli ograniczony wybór kariery zawodowej.
        - Nie widzę bezpośredniego związku między tymi kategoriami. Warto pamiętać, że zdolności poruszania się w grupie to umiejętności nabyte, które nie ćwiczone mogą się nie wykształcić w odpowiednim stopniu. Myślę, że te osoby powinny być jednak na swój sposób wdzięczne, że rodzice poświęcili im swój czas na przekazywanie wiedzy, być może, uchronili ich umysły przed dewastacją ze strony opłacanych przez rząd nauczycieli. W doskonałym eseju pt. „Coprachicos”, poświęconym edukacji dzieci Ayn Rand określa państwową edukację jako praktykę degradowania człowieka. Dowodzi, że publiczna edukacja zabija indywidualność, uczy fałszywej etyki altruistycznej, konformizmu za cenę tzw. przystosowania społecznego. „A co zrobili z tych dzieci? Potwory. Po co? By nimi rządzić” - ostrzega Rand.

    Czy myśli Pan, że te dwa nastoletnie lata spędzone na edukacji domowej miały istotne znaczenie w Pana życiu?
        - Niewykluczone, że jest to konsekwencja indywidualnej drogi, przy której wyborze pomógł mi wgląd w siebie, podczas ważnego etapu, jakim była nauka w domu. Od tamtej pory zawsze wybierałem aktywność, która współgrała z moimi predyspozycjami. Do dziś bardziej efektywnie pracuję w domu, niż na etacie. Do pracy, jak powietrza, potrzebuję wolności. Dzięki temu mogę realizować wiele ciekawych projektów, np. publikować zagranicą. Jesienią mam zamiar obronić doktorat i wydać kolejną książkę - tym razem monografię libertarianizmu. Następnie podzielę się moimi doświadczeniami ze studentami. W czerwcu mój autorski program studiów w zakresie ekonomii e-biznesu został przyjęty przez senat jednej z prywatnych śląskich uczelni - Wyższą Szkołę Ekonomii i Administracji w Bytomiu. Jest to innowacyjny projekt, w którym będę kładł nacisk na elementy ekonomii wolnorynkowej z wykorzystaniem nowych technologii IT. Mam też propozycję wykładów w Krakowie i w Warszawie. Postaram się odwrócić studentom do góry nogami wszystko, czego nauczyli się w państwowych szkołach.

    Dziękuję za rozmowę.



    Rozmawiała: Natalia Dueholm („Opcja na Prawo” nr 34)

    Artykuł Tomasza Teluka | tutaj >>>



  • skocz do góry