wróć
  • do "porady" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Dorota Kaczmarek

    Zanim dziecko zacznie czytać...


        Czytanie to podstawowa umiejętność ucznia, potrzebna mu do poznawania świata. Ale zanim nasze dziecko zacznie sprawnie wykorzystywać, ma przed sobą długą drogę. Tylko od dorosłych tak naprawdę zależy, czy droga ta będzie prostą i szeroką aleją, a nauka czytania przyjemnym po niej spacerem, czy też wąską, kamienistą ścieżką, po której będzie kroczyło z trudem. Co więc decyduje o powodzeniu? Gotowość do czytania nie pojawia się nagle, lecz kształtuje od początku życia, a właściwa stymulacja procesów poznawczych – takich jak spostrzeganie, odbieranie wrażeń, wyobraźnia, koncentracja uwagi, myślenie i pamięć- to podstawa sukcesu. Temu mają służyć właśnie wszelkie działania ogólnorozwojowe proponowane na przykład w trakcie codziennych zajęć w przedszkolu. Dziecko stopniowo uczy się od dorosłych komunikacji językowej i werbalizowania swoich myśli. Lecz obok stałego wzbogacania zasobu słów niezbędne jest też zadbanie o poprawność mowy. Nieskorygowane logopedycznie wady w dużym stopniu mogą utrudnić naukę czytania. Jeśli rodzic ma wątpliwości co do poprawności rozwoju mowy swojego dziecka może udać się do poradni, by tam rozwiać swoje obawy, bądź zapewnić dziecku stosowną terapię.

        Nauka czytania wymaga od dzieci dojrzałości w zakresie percepcji słuchowej. Nawet jeśli nasze dziecko zna wszystkie litery, może nadal nie rozumieć, dlaczego dany układ znaków graficznych oznacza konkretny wyraz, np. „dom”. Dla malucha operującego konkretami domem będzie widziany obraz, a nie kilka nic nie znaczących liter. Wprawdzie jest w stanie uwierzyć nam na słowo, że tych kilka znaczków oznacza to samo co oglądany przez niego rysunek, ale posiadana wiedza będzie niewiele przydatna, gdy zobaczy inne formy gramatyczne tego samego wyrazu np. (przy) domu, (w) domach itd.

        W edukacji polskiej spotyka się kilka metod nauki czytania małych dzieci. Najbardziej popularną i najczęściej występującą w placówkach przedszkolnych jest tradycyjna metoda analityczno-syntetyczna. W niektórych przedszkolach proponuje się też glottodydaktykę – program prof. Bronisława Rocławskiego przygotowujący dzieci do nauki czytania i pisania (już od 3 roku życia) w naturalny sposób. Niektórzy rodzice ambitnie próbują dość wcześnie na własną rękę uczyć swoje pociechy czytać. Nie zawsze im się to udaje, łatwo się zniechęcają lub wręcz przeciwnie zaczynają intensywniej z maluchem pracować. Skutek tego bywa różny. Czasami dzieci będące w okresie najbliższej gotowości edukacyjnej pojmą o co w tym czytaniu chodzi i zaczną spełniać oczekiwania, inne zaś długo będą się jeszcze w tym motały. Rodzice zazwyczaj ucząc swoje dzieci patrzą na nie poprzez pryzmat swoich szkolnych doświadczeń. Jest to jednak spojrzenie człowieka dorosłego, który już dawno zapomniał o świecie dziecięcym. Dorosły najczęściej, gdy ma podzielić na głoski jakiś wyraz podaje litery, bądź jak w teleturnieju nazwy liter. Przykładowo „sad” zanalizuje w ten sposób:

    „s – a – d” lub „es – a – de”

    Natomiast dla dziecka nie znającego liter oczywistą będzie następująca analiza:

    „s – a – t”

        Na końcu tego wyrazu przedszkolak usłyszy głoskę /t/. Dopiero dorosły przy nauce czytania powie mu (choć nie w dosłownym znaczeniu), że to „d” należy przeczytać jako /t/. Toteż dziecięcy świat głosek różni się bardzo od modelu dorosłego. Co zatem robić, by pomóc a nie zaszkodzić? Odpowiedź jest prosta. Poznać w przybliżeniu strukturę fonetyczną naszego języka i mając świadomość najczęściej popełnianych błędów – unikać ich.


    Po pierwsze – samogłoski

        Są doskonałymi sprzymierzeńcami w nauce czytania. W języku polskim jest ich osiem. Sześć ustnych /a, o, u, i, e, y/ oraz dwie nosowe /ą, ę/. Szczególnie ustne dają się dowolnie wydłużać przy wybrzmiewaniu i są dobrze słyszalne. Pojawiające się dźwięki są, przynajmniej częściowo, niezależne od układu artykulatorów takich jak usta i język. Proponuję więc ćwiczenia w formie zabawy, by dziecko mogło samo zauważyć to zjawisko. Przykładowo: Rodzic siada z pociechą naprzeciw dużego lustra i bawią się razem w robienie min. Naśladują siebie wzajemnie. Ćwiczą przy tym sprawność języka (w różnych kierunkach), nadymają buzię, ściągają lub zaokrąglają wargi oraz wymyślają inne minki na które fantazja pozwoli. Przy okazji bawią się w „głoski” Wypowiadają je nieprzerwanie układając przy tym w różny sposób artykulatory. Świetna zabawa gwarantowana. Powoli w codziennych kilkuminutowych zaledwie ćwiczeniach można wprowadzać obraz graficzny samogłosek. Należy jednak uważać, by dziecko nie oglądało liter w odbiciu lustrzanym.


    Po drugie – spółgłoski

        Dobre przygotowanie do czytania wymaga sprawnej analizy i syntezy słuchowej mowy. Analiza to podział wyrazu na głoski. Synteza to składanie podawanych głosek w wyrazową całość. I tu zaczynają się schody. Rodzice wyjaśniają zazwyczaj swoim dzieciom różnicę pomiędzy samogłoską a spółgłoską tłumacząc, że po wybrzmiewanych spółgłoskach wyraźnie słychać /y/. A więc: /fy/, /zy/, /my/, /szy/ zamiast /f/, /z/, /m/, /sz/. W ten sposób sami robią w dziecięcym świecie głosek bałagan. W umyśle kilkulatka analiza głoskowa wyrazu szafa wygląda następująco:

    /sz – a – f – a/

        Dorośli ucząc, że spółgłoska posiada pogłos „y’’ próbują, najczęściej niestety skutecznie, zmienić analizę na taką: /szy - a - fy - a/.

    W efekcie synteza, występująca w początkowej fazie nauki czytania będzie wyglądała tak:

    szyyyyyaaaafyyyyaaaa

        Długa droga do tego by w miejsce tej „szyyyyaaaa fyyyy iiii” przy odczycie pojawiła się szafa. O wiele łatwiej byłoby dziecku posługiwać się spółgłoskami bez sztucznie przypisanego im „y”. Oczywiście z czasem dziecko nauczy się jakoś czytać i przy tak skomplikowanej analizie i syntezie, ale ślady popełnionych błędów być może odnajdziemy w pisaniu. Często się bowiem zdarza tak, że dzieci pisząc dany wyraz w wybranych spółgłoskach zawierają samogłoskę /y/. A więc w zeszycie pojawia się „rba” zamiast „ryba” albo „dm” tam gdzie powinny być „dymy”.

        B. Rocławski proponując metodę glottodydaktyki, o której była mowa we wstępie, wprowadził podział spółgłosek na trwałe i nietrwałe. Założył przy tym, że osoba ucząca dziecko czytać będzie sama umiała wybrzmiewać poprawnie głoski w izolacji. Warto więc przed lustrem poćwiczyć tę sztukę, zwracając uwagę na to by układ artykulatorów pozostawał przez cały czas wybrzmiewnia niezmieniony. Na przykład cechą charakterystyczną głosek wargowo – szczelinowych /f/ lub /w/ jest pojawienie się podczas ich wymawiania charakterystycznej szczeliny pomiędzy zębami i wargami (dolne przednie zęby leciutko stykają się z górną wargą). Przy czystym dźwięku ta szczelina jest obecna i co najważniejsze niezmienna, jeśli natomiast dodamy /y/ szczelina zniknie. To dowód na to, że wypowiadamy dwie następujące do sobie głoski (spółgłoskę /f/ lub /w/ oraz samogłoskę /y/).

        Głoski trwałe to takie, które można długo wypowiadać w izolacji, a ich brzmienie pozostanie bez zmian. Należą do nich samogłoski (poza /ą/ i /ę/) oraz część spółgłosek:
    /m, n, z, s, sz, ch, ż, w, f, r, ś, ź/.

        Umiejętność poprawnego wydłużania głosek trwałych oraz sama świadomość istnienia spółgłosek mających tę wspólną z samogłoskami cechę może okazać się dla dziecka bardzo przydatna przy nauce czytania.

        Głoski nietrwałe trzeba wypowiadać krótko, by unikać pojawiania się pogłosu /y/ lub w przypadku głosek miękkich /i/albo ich zniekształceń. Należą do nich samogłoski /ą, ę/ oraz spółgłoski / b, p, t, d, c, dz, dż, dź, g, k, l, ł,j, ń, ć /. Ich prawidłowe wybrzmiewanie jest trudniejsze. A więc:

    ffffffffffffff zamiast fyyyyyyyy

    wwwwww zamiast wyyyyyyy

    zzzzzzzzzz zamiast zyyyyyyy itd.

        Bardzo pomocne mogą się okazać zabawy dźwiękonaśladowcze np.:
  • leci pszczoła z kwiatka na kwiatek: zzzzzzzzzzzzzzzzzzzz
  • rozmowa statków: wwwwwwwwwww
  • płynie motorówka lub pędzi motor: rrrrrrrrrrrrrrrrrr
  • jazda samochodem: żżżżżżżżżżżżżżżżżżżżż
  • szumią lasy: szszszszszszszszszsz
  • nucenie: nnnnnnnnnnnnnnnnnnn
  • mruczenie: mmmmmmmmmmm
  • syczenie węża: ssssssssssssssssss
  • usypianie / uciszanie zabawek: śśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśś
  • zimno mi: źźźźźźźźźźźźźźźźźźźźźźźźźź
  • ulga: uuu fffffffffffffffffffffffffffffffffffff
  • szum wody w rurach: hhhhhhhhhhhhhhhhh*



  • Po trzecie – litery

        W miarę wprowadzanych zabaw dźwiękonaśladowczych można powoli rozpocząć proces utożsamiania głosek z literami. Radziłabym tu wykorzystać klocki jako kolejną propozycję urozmaicającą wspólnie spędzany czas. Aby uniknąć późniejszych nieporozumień co do wyglądu znaków radzę poszukać takich propozycji pomocy dydaktycznych, które obrazują wszystkie cztery postacie jednej litery: pisaną i drukowaną, małą i wielką. Takie wymagania idealnie spełniają klocki LOGO. Mają one jeszcze i tę zaletę, że poprzez zieloną podkładkę będącą zawsze u dołu klocka uniemożliwiają one dziecku zapamiętanie odwróconego, a więc błędnego obrazu litery. Możemy też sami pokusić się o zrobienie wzorów graficznych, czy to na drewnianych klockach, czy też na kartonikach. Tu pozostawiam rodziców samych z ich wyobraźnią i umiejętnościami. Dla ułatwienia można na kartonikach wykonać lub nakleić obrazek powszechnie znanego przedmiotu rozpoczynającego się właśnie tą głoską.


    Po czwarte – czytanie

        Dobra znajomość wszystkich liter nie zaszkodzi dziecku przy pierwszych próbach czytania, a biegłość tej sztuki może zostać osiągnięta bardzo szybko. Pamiętajmy jednak, że język polski jest dość skomplikowany ortograficznie, toteż na początku dziecko powinno odczytywać wyrazy o pisowni zgodnej z fonetyką.

        Wiele ogólnodostępnych pozycji do nauki czytania dla sześciolatków, przynajmniej w początkowej części zawiera propozycje wyrazowe, nie powinno być zatem problemów z zaopatrzeniem pociechy w wymagane pomoce. Dzieci często same wybierają intuicyjnie metodę czytania. Część z nich posługuje się analizą wyrazową (czyli dzieli sobie wyraz na widziane litery i przekształca je w umyśle na głoski), a następnie składa w całość (zatem dokonuje syntezy) i wypowiada na głos przeczytany cały wyraz. Niekiedy na tej skomplikowanej drodze pojawi się zniekształcenie i odczycie będzie błąd, nie zawsze dostrzeżony i skorygowany. Wadą tej metody jest też to, że tzw. głoskowanie może utrzymywać się dość długo, nawet jeszcze w wyższych klasach szkoły podstawowej.

        Niektóre dzieci bardzo łatwo zaczynają się posługiwać sylabami. Wtedy dość szybko przechodzą do płynnego czytania, szczególnie gdy wyraz składa się z tzw. sylab otwartych czyli zakończonych łatwą do przedłużania fonetycznego samogłoską np.:

    do – da – wa – nie

        Nieco trudniej jest w przypadku sylab zakończonych spółgłoską lub o budowie mającej kilka spółgłosek w sąsiedztwie np.:

    zdrowie, wielki, klamka

        Dobrym rozwiązaniem pomocniczym jest uczenie dzieci czytania głobalnego, czyli na pamięć prostych dwu-, trzyliterowych wyrazów. Wśród propozycji propedeutycznego czytania znaleźć można też tzw. ślizgawkę propagowaną przez glottodydaktyków. Polega ona na odczytywaniu wyrazów poprzez wydłużanie głosek trwałych, prawie ich śpiewanie. Przerwanie emisji danej głoski następuje dopiero w momencie, gdy dziecko rozpozna następną literę i skojarzy ją z odpowiednim dźwiękiem. W praktyce początkowy odczyt wyrazu wygląda następująco:

    rrrrrroooooowwwwweeeeeeerrrrrrrrrrrr

        Odległości stopniowo pomiędzy jednym a drugim dźwiękiem zmniejszają się aż do osiągnięcia biegłości. Dzięki metodzie tej unika się niebezpiecznego dla edukacji głoskowania. Glottodydakyka wprowadza też dwojakiego rodzaju litery: czarne czyli podstawowe – używane do zapisu głosek gdy ortografia jest zgodna z fonetyką, oraz czerwonych używanych w miejscach tzw. trudnych, gdzie występuje niezgodność fonetyczna, bądź jest to tzw. zapis niepodstawowy. Na przykład literami podstawowymi jest zapisany wyraz „podłoga”, natomiast w słowie „lód” pojawią się aż dwie litery niepodstawowe: „ó” oraz „d” (odczytywane jako /t/). Dziecko uczące się metodami tradycyjnymi samo będzie musiało przebrnąć przez gąszcz fonetycznych pułapek przy czytaniu. Najdłużej utrzymuje się zazwyczaj dźwięczny odczyt przyimków np. w szkole („w” jest odczytywane z mocnym akcentem, zamiast /f/).


    Po piąte – pisanie

        W pierwszej fazie nauki liter zrezygnujmy z prób nauczenia dzieci pisania. Upewnijmy się najpierw czy mała rączka naszego dziecka jest już na tyle sprawna, by móc zacząć pisać. Proponuję zacząć od ćwiczeń ogólnorozwojowych. Znowu pomysłów jest wiele. Malowanki pędzlem lub palcami to ulubione zabawy. Kredki, najlepiej bambino, potem dopiero ołówkowe – radzę poszukać niełamliwych. Wyklejanki, lepienie z gliny, plasteliny. Idealną rozrywką jest pomoc mamie przy wygniataniu klusek- najbardziej smakują te własnoręcznie ulepione o różnorodnych kształtach i formacie. Zasada jest jedna: od makroprzestrzeni do mikro, a więc od dużych kształtów do małych – wymagających precyzyjnych ruchów. Potem dopiero wprowadzamy literopodobne szlaczki, najpierw wielkie, później już drobniejsze. Na koniec dopiero litery. Nie uczmy dzieci pisać liter drukowanych, bo pokazujemy im nienaturalną sytuację, rzadko występującą w świecie dorosłych. Gdzie i jak często spotkają się z tekstem pisanym wielkimi, drukowanymi literami? A zatem pokazujmy dzieciom litery pisane wskazując jednocześnie na ich drukowany odpowiednik. Później zaprocentuje to w szkole choćby przy przepisywaniu. Łatwiej jest bowiem dokonać transferu odczytywanych liter drukowanych na pisane, gdy dobrze utrwalone są wszystkie wzorce literowe. Zadbajmy również o prawidłowy kierunek kreślenia. Znaki, których podstawę stanowi litera „o” powinny być pisane w przeciwną stronę ruchu wskazówek zegara. Zaniedbania w tej sferze mogą później niekorzystnie wpłynąć na ogólna estetyką pisma, Ważnym elementem ułatwiającym początkowe pisanie jest prawidłowy dobór zeszytu. Pamiętajmy o tym, by linijki w pierwszych zeszytach dziecka były wyraźne. Można również poszukać w sklepach papierniczych zeszytów z kolorową liniaturą. B. Rocławski z myślą o dzieciach piszących z dużym rozmachem, nie mieszczących się w tradycyjnych formatach, zaproponował zeszyty o rozszerzonej liniaturze.


    Po szóste – dziecko idzie do szkoły

        Klasy „0” powstały dla wyrównywania szans edukacyjnych dzieci rozpoczynających naukę szkolną. W zamyśle chodziło o te maluchy, które z jakiegoś powodu nie uczęszczały wcześniej do przedszkola. Z powodów finansowych coraz mniej matek decyduje się na posyłanie swoich pociech do tej placówki. Dla niektórych więc dzieci klasa przygotowawcza stanowi faktycznie pole do nawiązania pierwszych poszerzonych kontaktów społecznych. Kl. „O” ma więc przygotować dzieci do nauki szkolnej. Normą jest więc, że przyszły pierwszoklasista kończąc „zerówkę” nie umie czytać ani pisać. Po prostu ma jeszcze na to czas. W swej praktyce spotkałam wielu rodziców zaniepokojonych tym, że ich dziecko (prawidłowo rozwijające się pod każdym innym względem) rozpoczyna naukę szkolną bez umiejętności czytania. Tymczasem podstawą dojrzałości szkolnej jest jedyne gotowość do nauki czytania i pisania, a nie posiadanie tych umiejętności. Oczywiście dobrze jest, gdy dziecko sprawnie czyta i pisze na początku klasy I. Zwykle jest to powód do dumy dla rodziców korzystnie wtedy rokujących co do dalszej edukacji pociechy. Faktem jest jednak to, że większość siedmiolatków bardzo szybko nabywa te pożądane umiejętności, a występujące pomiędzy nimi różnice szybko się zacierają. Nie jest więc regułą, że dobrze czytający od początku pierwszoklasista będzie w dalszych latach wiódł prym w swej klasie. Tak samo też nie można wyrokować o tym, że dziecko nieczytające na wstępie swej edukacji będzie słabym uczniem do jej końca. Na sukces szkolny bowiem składa się bardzo wiele czynników, a rozważna postawa kochających rodziców na pewno jest jednym z nich.




    Dorota Kaczmarek

    Artykuł ukazał się w piśmie „Mateusz”. Zamieszczamy za zgodą Autorki.

    * oznaczeniem głoski jest symbol /ch/, lecz dla jasności przekazu użyto wyjątkowo litery „h”




  • skocz do góry