wróć
  • do strony głównej >

    skomentuj
  • napisz do nas
  • Dorota Konowrocka

    Z majowego zjazdu rodziców nauczających domowo:
    Najciekawsze wątki dyskusji


  • Czy dzieci edukowane domowo poradzą sobie z egzaminami w publicznych szkołach? | tutaj >>>
  • Kim są rodzice dla dziecka edukowanego domowo? | tutaj >>>
  • Jak uczyć? | tutaj >>>
  • Co z tą socjalizacją? | tutaj >>>


  • Czy dzieci edukowane domowo poradzą sobie z egzaminami w publicznych szkołach?

    Paweł Machała:
    Jestem nauczycielem i wiem doskonale, że połowę punktów na egzaminach testowych dzieci zawdzięczają opanowaniu właściwej techniki rozwiązywania różnych typów zadań. Jak mamy przygotować dzieci do takiego systemu egzaminacyjnego? Podejrzewam bowiem, że większość z nas oczekuje, że nasze dzieci będą zdawać egzaminy na studia, a być może również do gimnazjum lub liceum.

    Jacek Poreda: Jestem głęboko przekonany, ze edukacja domowa doskonale przygotowuje dzieci do zdawania egzaminów w publicznych szkołach. Nigdy nie uczyłem moich dzieci pod kątem systemu egzaminacyjnego czy programu nauczania. Uczyłem je w zupełnie innym stylu niż szkolny, luźno traktując program kolejnych klas. Przykładowo, jeśli córki nie chciały, nie czytały nie lubianych lektur. Były jednak w naturalny sposób edukowane szerzej niż byłoby to możliwe w szkole, bowiem program szkolny jest po prostu bardzo wąski. Moja młodsza córka nie lubi i nigdy nie lubiła przedmiotów ścisłych i zawsze wydaje mi się, że nie poradzi sobie z nimi na egzaminie, a jednak zawsze dostaje co najmniej czwórkę. Moja starsza córka również nie przepada za przedmiotami ścisłymi i rzadko sięga po książki na ten temat, a jednak na egzaminach wykonuje poprawnie 95% zadań. To jest efekt edukacji szerszej niż ta przewidziana przez ograniczony system szkolny.

    Anna Janicka-Galant: Średnio zdolne dziecko przy odrobinie wysiłku jest w stanie program fizyki z danego semestru opanować w ciągu pięciu dni. Wystarczy ukierunkować jego spojrzenie na całość zagadnienia i wyeliminować ten odorek strachu, który towarzyszy nauce w tradycyjnej szkole. Naprawdę nie ma zagrożenia, że dziecko nie zda egzaminu lub zda go bardzo słabo. Po pierwszych egzaminach każde następne zdawane są na większym luzie. Znane mi dzieci nauczane domowo zawsze plasują się w wyższych rejestrach, jeśli chodzi o oceny, podobnie jak mój własny syn.

    Jacek Poreda: Po pierwszym roku egzaminy stają się dla dzieci zabawą, są bowiem przekonane, że zdadzą je tak czy inaczej. Moje dzieci poświęcają niecałe dwie godziny dziennie na uczenie się tego, co jest przewidziane w programie nauczania. Resztę czasu poświęcają na swoje prywatne zainteresowania.

  • skocz do góry




  • Kim są rodzice dla dziecka edukowanego domowo?

    Anna Janicka-Galant:
    Na początku jesteśmy dla dziecka mistrzem i przewodnikiem. Z czasem stajemy się partnerem. Dla dziecka taka forma kontaktu z nami jest doskonałą nauką tego, jak należy budować relacje z innymi ludźmi. Uzbroimy je w ten sposób w umiejętność komunikowania się z innymi ludźmi w atmosferze szacunku. W szkole dziecko nigdy nie jest partnerem - nauczyciel jest zawsze dyktatorem.

    Paweł Machała: Rzeczywiście, w szkole dzieci nie uczą się dyskutowania ze sobą ani z nauczycielem w ramach partnerskiej relacji. Dzieci w klasie zazwyczaj mówią do mnie, do nauczyciela, a bardzo rzadko do swoich kolegów. Nauczyciel jest jedyną osobą, której reakcja ma dla nich znaczenie. Zawsze wtedy zastanawiam się, co takiego robię źle, że zwracają uwagę tylko na moje zdanie?

    Jacek Poreda: W nauczaniu domowym rodzic uczy się tak samo, jak jego dziecko. Role są trochę rozmyte. Im bardziej, tym lepiej dla naszych dzieci.

    Wiesław Stebnicki: Przypomina mi się, jak Anna Kurková zapytała mnie, jak oni, jako rodzice, mają nauczyć swoje dzieci angielskiego, jeśli sami nie mówią w tym języku. Nie wiedziałem, co jej poradzić, ale w końcu ona sama doszła do tego, ze zaczną po prostu uczyć się razem z dziećmi.

    Anna Janicka-Galant: Jestem przekonana, że połowy rzeczy w życiu bym nie robiła, gdybym nie uczyła się z własnym synem. Nie odkryłabym powtórnie chemii i fizyki, nie uczyłabym się esperanto. Swoją drogą, dlaczego kiedyś nie widziałam tego, jak fascynującymi naukami są chemia i fizyka? Sądzę, że po prostu zostały mi podane nieciekawie, w atmosferze chorej rywalizacji.

    Jacek Poreda: Kiedy zaczynałem edukację domową moich dzieci, wiele rzeczy robiłem źle. Ale czym właściwie jest błąd? Błędy to po prostu nieodzowne etapy nauki. W pewnej chwili zaczynamy rozumieć, że do tej pory robiliśmy coś źle, zastanawiamy się, jak zrobić to lepiej, eksperymentujemy, oceniamy sami siebie, korygujemy swoją metodę - to normalne. Z przekonaniem, że nauczanie domowe jest dobre dla naszych dzieci, nie popełnimy drastycznych błędów. Możemy być pewni, że jakieś błędy będziemy popełniać, ale na pewno nie takie i nie tyle, ile dyrektor szkoły czy nauczyciel. Dlaczego? Bo ja, rodzic, jestem najlepszym przyjacielem, pedagogiem, wychowawcą i nauczycielem mojego dziecka. Wszyscy inni będą spełniać tę funkcję i tak gorzej ode mnie.

  • skocz do góry




  • Jak uczyć?

    Nancy Stebnicka:
    Byliśmy ostatnio na zorganizowanej na Florydzie konferencji dotyczącej nauczania domowego. Wielokrotnie w czasie tej konferencji słyszeliśmy następującą historię, opowiadaną przez różne rodziny: „Kiedy zabraliśmy się za naukę naszych dzieci w domu, ustawiliśmy w jednym pokoju tablicę, szkolne ławki i biurko dla rodzica, starając się skopiować normalną klasę szkolną. Nasze dzieci nienawidziły w niej siedzieć i nie chciały się uczyć. Pewnego dnia byłam chora i o lekcjach nie było mowy. Moje dzieci przyszły do mnie na kanapę, zaczęliśmy razem coś czytać, czułam się naprawdę świetnie i one ochoczo spędzały ze mną czas. Od tego dnia zaczęliśmy po prostu życzliwie współżyć, współdzielić życie.” Jeden z moich znajomych ma dzieci w różnym wieku. Przerabia z nimi formalnie tylko program matematyki i angielskiego. Co do całej reszty, skupia się raczej na rozpoznawaniu ich zainteresowań i podsuwaniu materiałów. Zazwyczaj nie są to podręczniki, ale książki naukowe i popularnonaukowe, takie, które chętnie czytają zainteresowani tematem dorośli. Za pomocą tych dwóch przykładów chciałam wam uzmysłowić, że organizowanie szkoły w domu nie jest zazwyczaj dobrą drogą. Nie chodzi nam o szkołę w domu, chodzi nam o szkołę życia.

    Anna Janicka-Galant: Ja zazwyczaj przeglądam formalny program szkolny i dostosowuję go do naszych potrzeb i możliwości. Niektóre elementy programu, będące podstawą późniejszych egzaminów, otrzymuję od nauczycieli. Inne znajduję w Intenecie, czerpię też z podręczników. Wszystko to modyfikuję pod naszym kątem, urozmaicam, staram się dobierać takie materiały, które wydają mi się interesujące. W tym, w czym czuję się słabsza, opieram się na podręcznikach.

    Jacek Poreda: Minimum programowe jest naprawdę proste, wręcz banalne. System szkolny jest po prostu z natury marnotrawny i dlatego w zwykłej klasie realizacja programu zajmuje tak strasznie dużo czasu. Zwykłego dziecku w wieku 11-12 lat naprawdę wystarczy rok, by zrobić program całej podstawówki.

    Łukasz Wojtacha: Ja osobiście w edukacji domowej boje się własnych ambicji i tego, że nie będą słuchać własnego dziecka. Bo właściwie na czym nam zależy? Na uznaniu środowiska nauczycieli? Na dobrych ocenach? Właśnie te ambicje mogą moim zdaniem spowodować niepowodzenie edukacji domowej. Widzieliście tu kilka razy mojego syna, który przynosił nam jakieś robale na wykład. Może te ślimaki mojego dziecka to jest właśnie droga, którą ma iść? Nie znam się na biologii i - dziś - nie wiem jeszcze, jak mam go wprowadzić w świat biologii. Muszę przyznać, że będzie to wyzwanie zarówno dla niego, jak i dla mnie. Ale coś wam opowiem. Mój wujek nie edukował swoich synów w domu, a może w jakiś sposób edukował, ale, zapytany, na pewno tak by tego nie nazwał. Jest wykładowcą w szkole morskiej w Szczecinie. Jego synowie uczyli się matematyki korzystając z kalkulatora i on nie miał nic przeciwko temu. Ja byłem oburzony! Jak to?! Powinni uczyć się tabliczki mnożenia! Tymczasem dziś moi kuzyni są rewelacyjnymi informatykami. Kalkulator w niczym im nie przeszkodził, a może pomógł? Kiedy fascynowało ich CB radio, ich ojciec po prostu kupił im je. Wkrótce oni świetnie wiedzieli, jak wygląda opornik, gdy tymczasem ja uczyłem się tego na szkolnych zajęciach praktyczno-technicznych, nigdy tak naprawdę nie zdobywając własnych doświadczeń i nie „czując tematu”. Jeden z moich kuzynów w ciągu pół roku nauczył się niemieckiego, dostał jakiś formalny certyfikat i po pół roku zdał egzaminy na studia do szkoły technicznej w Berlinie. Jaki z tego wniosek? Jedyną rzeczą, którą możemy dać naszym dzieciom, jest pasja! (oklaski z sali)

    Jacek Poreda: Wydaje mi się, że dla dzieci edukowanych domowo ważne jest to, że od urodzenia wzrastają w bardzo przyjaznym środowisku. Większość z nas wychowuje swoje dzieci na wsi, unikając miejskiego „wychowania podwórkowego”. W takim środowisku łatwo jest rozwijać dziecięce zainteresowania. Większa część edukacji naszych dzieci to czytanie książek popularnonaukowych. Powiedziałbym nawet, że 75% czasu przeznaczonego na naukę to samodzielne czytanie książek, które je interesują. Z mojego punktu widzenia każda książka jest dobra pod warunkiem, ze nie daje fałszywego wzorca moralnego. Kupuję więc to, co uznaję za dobre, a z tego już one wybierają to, co im się podoba. One czytają, a my po prostu od czasu do czasu dyskutujemy z nimi o tym, co przeczytały.

    Anna Janicka-Galant: Ja z kolei kieruje się kanonem literatury światowej, sięgając wręcz do korzeni, do mitów i baśni. Myślę, ze bardzo ważne jest, by nie zabrakło tego elementu wspólnego czytania. Inny jest odbiór słowa razem czytanego na głos niż czytanego samotnie.

    Jacek Poreda: Kiedy Estera skończyła rok, wynieśliśmy na zawsze z naszego domu telewizor. To bardzo ważne. Telewizja zabiera bowiem czas i spłaszcza możliwości intelektualne. Dostarcza też wzorców moralnych, które nie są wzorcami z Biblii. A Biblia jest naszym jedynym, systematycznie używanym podręcznikiem, czytanym i dyskutowanym każdego wieczora. Chciałbym podkreślić, ze bardzo ważne jest, by dzieci były wolne w tym, co robią. Oczywiście, nie mówimy o anarchii, ale nie mówimy również o presji. Moje dzieci w naturalny sposób nauczyły nas, że matematykami nigdy nie będą, a humanistycznymi przedmiotami bardzo się interesują. Czasami nasze dzieci trzeba do czegoś zagonić, ale to naprawdę rzadka sytuacja. Powiedziałbym nawet, że teraz trzeba je odrywać od książek i wyrzucać na podwórko.

    Wiesław Stebnicki: Zanim zaczniemy podążać za zainteresowaniami dziecka, musimy pogodzić się z tym, że zderzymy się z czymś takim jak „odszkolnienie”. Dziecko wyciągnięte ze szkoły musi nabrać do niej dystansu, zrobić sobie przerwę, odzyskać pewność siebie i ciekawość świata. Potem prowadźmy nasze dzieci zgodnie z ich „naturalnym wygięciem”. Wykorzystajmy ich zainteresowania i popłyńmy z nimi. Interesują cię robaczki? To chodź, policzymy je albo zrobimy dla nich klateczki. Gdyby chomiki się mnożyły, to ile byłoby ich rocznie i ile byś zarobił, gdybyś sprzedawał je po 5 zł? Chciałem też dodać, że bardzo ważne jest uczenie dzieci od początku języków obcych, szczególnie angielskiego. W tym języku dostępne są ogromne zasoby książek i materiałów do nauczania domowego, również darmowych.

  • skocz do góry




  • Co z tą socjalizacją?

    Jacek Poreda:
    Pytanie o socjalizację stawiane jest zawsze przez tych, którzy nie zetknęli się jeszcze z edukacją domową. Jak wasze dzieci nawiązują przyjaźnie? I przyznam, że nie jest z tym tak prosto, bo mieszkamy raczej na uboczu. Nasze córki nie miały nigdy wielu znajomości wśród rówieśników, ale zawsze miały przyjaciół wśród osób starszych, często dorosłych. Jestem przekonany, że dzieci wcale nie potrzebują przyjaźni z rówieśnikami w takim tradycyjnym rozumieniu. I wcale nie upośledza to ich zdolności do nawiązywania kontaktów z rówieśnikami. Zawsze się okazuje, że kiedy w końcu stykają się z rówieśnikami, to „jakość” tych kontaktów jest bardzo dobra.

    Wiesław Stebnicki: Zawsze pada pytanie o kontakty z rówieśnikami. Ale my musimy sobie uświadomić, że przygotowujemy nasze dzieci do życia w świecie dorosłych. Najpierw dziecko musi więc poznać samo siebie, a później poznać dorosłych, wśród których będzie żyć.

    Jacek Poreda: Termin socjalizacja pojawił się wtedy, gdy pedagodzy zaczęli zauważać, że dzieciom wychowywanym w szkole czegoś brakuje. Problem w tym, że źle rozpoznali, czego im brakuje. Dzieci garną się do przyjaźni z rówieśnikami, bo matka nie jest dla nich przyjacielem, ojciec nie jest przyjacielem, sąsiedzi nie są przyjaciółmi, po prostu nie mają przyjaciół wśród dorosłych. Dzieciom, które mają kochających rodziców, nie będzie niczego brakowały. Będą równały swoją dojrzałością do dorosłych. Będą bardziej dojrzałe niż ich rówieśnicy, bo były wychowywane wśród osób dojrzałych, były uczone dojrzałości. Nie można mówić do dziecka „Ty teraz siedź w piasku, bo masz trzy lata i to jest właściwe zajęcie dla ciebie”.

    Paweł Machała: Kiedy zastanawiałem się nad edukacją domową, zadzwoniłem do Nancy, by przedyskutować nurtujący mnie problem socjalizacji. I wtedy Nancy powiedziała mi po prostu: „Przeceniasz znaczenie kontaktu z rówieśnikami. Szkoła nie jest naturalnym środowiskiem społecznym”. I przypomniała mi się wówczas pewna historia. W szkole, w której uczę, pojawił się pewnego dnia wraz z grupą harcerzy w wieku gimnazjalnym pewien dojrzały już wiekiem harcmistrz, który opowiadał uczniom o różnych rodzajach broni. Jego harcerze przez godzinę stali wyprężeni jak struna, prezentując co jakiś czas różne rodzaje broni, o których mówił ich dowódca. Niektórzy uczniowie podśmiewali się z całej imprezy, ale na harcerzach, wpatrzonych w brodatego harcmistrza jak w obrazek, nie robiło to żadnego wrażenia. Wykonywali swoje zadanie i byli z tego dumni. W szkole dzieci prześcigają się, które zachowa się w głupszy i bardziej niebezpieczny sposób. A ja naprawdę chciałbym, żeby moje dzieci patrzyły we mnie jak w obrazek, bym był dla nich takim wzorcem jak ów harcmistrz dla swoich harcerzy.

    Jacek Poreda: Ja też jestem nauczycielem i wiem, że kiedy traktuję poważnie dzieci, które uczę, to na przerwie te dzieci siedzą przy mnie i rozmawiają ze mną. Dzieci, które widzą, że ktoś poświęca im czas, będą siedziały, bo potrzebują kontaktu ze starszymi, którzy dysponują większą wiedzą i umiejętnościami niż one. Ta osławiona socjalizacja to tak naprawdę segregacja wiekowa, dzięki której odcina się wpływ starszych pokoleń na młodsze. Socjalizacja to przygotowanie do socjalizmu.


    Zanotowała: Dorota Konowrocka



    Wątki wybrane z zapisu spotkania z Patem Farengą podczas V Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja V Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja i zdjęcia z IV Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja z III Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja z II Zjazdu | tutaj >>>
    Relacja z I Zjazdu | tutaj >>>
    Zdjęcia z I Zjazdu | tutaj >>>




  • skocz do góry