wróć
  • do "artykuły" >
  • do strony głównej


  • skomentuj
  • napisz do nas
  • Grzegorz Wierzchołowski

    Dzieci w rękach ZNP



        Czy już za kilka lat dzieci w Polsce rozpoczynać będą obowiązkową naukę już od piątego roku życia? Według wysuwających taką propozycję władz Związku Nauczycielstwa Polskiego - wcześniejszy obowiązek przedszkolny jest niezbędny, byśmy nie zostali „w tyle za Europą”. Według krytyków ZPN - to tylko pretekst do stworzenia kolejnych zbędnych posad dla nauczycieli.

        11 września 2007 r. kierownictwo ZNP ogłosiło projekt reform w oświacie, mający dostosować rozwój szkolny polskich dzieci do wymogów współczesnej edukacji w Europie. Postulowane zmiany dla większości uczniów oznaczałyby wydłużenie kontaktu ze szkołą o całe dwa lata - albowiem oprócz propozycji wprowadzenia obowiązkowej „zerówki” już dla pięciolatków, ZNP chce wydłużyć o jeszcze jeden rok naukę w liceach (do 4 lat) i technikach (do 5 lat).

        Po przyjęciu sugestii ZNP każdy rodzic miałby więc prawny obowiązek edukować swoje dziecko od momentu, gdy skończy ono 5, a nie 6 lat (jak obecnie) - aż do uzyskania przez nie pełnoletniości. Faktycznie jednak przymusowa edukacja kończyłaby się w wieku 19 lub 20 lat, gdyż trudno wyobrazić sobie nastolatka rzucającego liceum tuż po promocji do ostatniej, czwartej klasy. O rok opóźniony zostałby więc także czas rozpoczynania i kończenia przez młodzież studiów, jak również moment jej wejścia na rynek pracy.

        Gdy dodamy jeszcze, że zrzeszeni w ZNP nauczyciele chcieliby dodatkowo upowszechnić wychowanie przedszkolne dla 3- i 4-latków - a za postulatem „upowszechnienia” zawsze czai się groźba przymusu - muszą zrodzić się pewne wątpliwości zarówno co do celowości tak zasadniczych reform, jak i intencji samych władz związku. W chwili bowiem, gdy w niemal wszystkich rozwiniętych krajach świata trwa moda na decentralizację i indywidualizację nauczania, ZNP staje tym trendom jawnie w poprzek.


    Pięciolatki do „zerówki”, sześciolatki do szkoły

        Wyjaśniając propozycje związku - jego prezes, Sławomir Broniarz, powtarza jak mantrę: każda z sugerowanych zmian podyktowana jest troską o szybszy i wcześniejszy rozwój dzieci. Zdaniem nauczycieli z ZNP, dzieci rozpoczynające obowiązkową naukę od przedszkola przyzwyczajają się do pracy w grupie i dyscypliny, otrzymując potem lepsze stopnie w szkole. Wcześniejsza i trwająca dłużej socjalizacja ma też wpływać korzystnie na sferę emocjonalną uczniów, a także na ich umiejętność kontaktu z rówieśnikami.

        Związkowcy przekonują przy tym, że „szybszy” i „wcześniejszy” rozwój dzieci w placówkach publicznych oznaczać będzie zarazem rozwój lepszy, pełniejszy i zdrowszy. Sławomir Broniarz podaje przykład państw zachodnioeuropejskich, w których wszyscy 4-latkowie (Belgia, Irlandia) bądź ich przeważająca większość (ponad 90 proc. we Włoszech i Szwajcarii) uczęszcza do przedszkola. W Polsce odsetek umieszczanych w tych placówkach dzieci wynosi zaledwie 30 proc. - nauczyciele twierdzą, że to zdecydowanie za mało jak na dzisiejsze czasy.

        - O korzyściach płynących z wcześniejszego obowiązku szkolnego i przedszkolnego wiemy z dwóch źródeł - tłumaczy rzecznik ZPN, Magdalena Kaszulanis. - Pierwsze z nich to pozytywne doświadczenia krajów europejskich, w których obowiązek szkolny i przedszkolny obejmuje odpowiednio 6- i 5-latków. Drugie to niedawny raport naukowy Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, wskazujący na możliwość obniżenia wieku szkolnego dla polskich uczniów.

        Z lektury pokaźnego raportu naukowców z AŚ, finansowanego zresztą hojnie (8,5 mln zł!) ze środków unijnych, można wyciągnąć jednak wyłącznie dwa wnioski. Po pierwsze: dzieci mające za sobą pobyt w przedszkolu łatwiej dostosowują się do wymogów szkolnych. Po drugie: polskie 6-latki nie odstają pod względem gotowości do podjęcia nauki od swoich koleżanek i kolegów z Europy. Niestety, żadna z tych konkluzji nie tylko nie jest odkrywcza, ale i nie mówi niczego o rzeczywistym wpływie wcześniejszej edukacji na późniejszy rozwój dziecka.

        - Tak naprawdę nie wiadomo, na jakiej naukowej podstawie ZNP opiera swoje pomysły - mówi dr Marek Budajczak (UAM w Poznaniu), prezes aktywnie działającego Stowarzyszenia Edukacji Domowej. - Pozytywne doświadczenia innych krajów? W jednym z najbardziej uznanych testów umiejętności, przeprowadzanych w 2003 roku przez OECD, pierwsze miejsca zajęli uczniowie z Finlandii i Korei Południowej. U Finów do przedszkola chodzi tylko 39 proc. dzieci, w Korei Południowej - 17 proc.

        Innym przykładem dziurawej argumentacji ZNP jest według dra Budajczaka publiczne szermowanie przez związek modelem edukacyjnym Włoch. W państwie, w którym odsetek dzieci w przedszkolach wynosi ponad 90 proc., a do szkoły maszerują już 6-latki - uczniowie osiągają bowiem dużo słabsze rezultaty niż ich rówieśnicy w Skandynawii lub wchodniej Azji, gdzie obowiązkiem szkolnym obejmuje się dzieci minimum siedmioletnie.

        Przed pomysłami ZNP i ich „naukowym” uzasadnianiem przestrzega także konserwatywna publicystka Natalia Dueholm, od lat tocząca walkę z centralistycznymi zapędami związku:

        - Nie ma żadnych dowodów, że wcześniejszy obowiązek szkolny i przedszkolny wpływa pozytywnie na rozwój dziecka. Niektóre badania widzą jakieś pozytywy na krótką metę, np. dzieci, które były formalnie przygotowane do szkoły w przedszkolu, znają literki, więc łatwiej im rozpocząć pierwszą klasę.

        I rzeczywiście: w większości zachodnioeuropejskich i amerykańskich opracowań na ten temat (m.in. prof. prof. Belsky’ego czy Elkinda) można znaleźć tezę, że długofalowy wpływ wczesnej obowiązkowej edukacji formalnej to więcej potencjalnych zagrożeń niż korzyści. Oczywiście - ryzyko stresu, przeciążenia lub zbyt pochopnego pozbawienia opieki matki zależne jest od indywidualnych uwarunkowań dziecka, ale to kolejny argument na to, by o posyłaniu 5-latków na naukę decydowali sami rodzice, a nie ZNP.


    Widmo bezrobocia

        Skąd zatem taki zapał nauczycieli do reformy, której skutki społeczne trudno komukolwiek przewidzieć? Czy ZNP forsuje zmiany w systemie oświaty tylko dlatego, że podobnie postąpiono w kilku bogatszych krajach Unii?

        Wspominany już dr Marek Budajczak twierdzi: - Oficjalne argumenty ZNP to zwykły pretekst. To, co mówią nauczyciele, nie ma wiele wspólnego z ogólnie znanymi wynikami i badaniami. Za poszerzaniem zakresu przymusowej edukacji nie stoi troska o dobro dzieci, ale pewne racje środowiskowe i korporacyjne.

        Natalia Dueholm ujmuje sprawę jeszcze dosadniej: - ZNP domaga się wydłużenia obowiązku szkolnego na każdy możliwy sposób, bo tylko tak może zapewnić miejsca pracy nauczycielom.

        I mimo że władze związku oficjalnie odżegnują się od takiej „wulgaryzacji” tematu, to właśnie ta interpretacja związkowego entuzjazmu w sprawie reformy wydaje się najbardziej prawdopodobna. Wystarczy porozmawiać z „szeregowym” nauczycielem gimnazjalnym lub poczytać wpisy na internetowym forum ZNP, by zorientować się, co tak naprawdę pochłania uwagę środowiska: to brak pieniędzy i widmo bezrobocia. Po wyjściu ze szkół wyżu demograficznego z początku lat 80-ych część nauczycieli zagrożonych jest utratą pracy, bądź wegetuje na połówce lub ćwiartce etatu.

        Ofert pełnego zatrudnienia dla absolwentów pedagogiki jest za to coraz mniej. Już w zeszłym roku lokalne media rozpisywały się o dramatycznej sytuacji poszukujących etatu nauczycieli - obecnie w każdym większym mieście w urzędach pracy zarejestrowanych jest od kilkudziesięciu do kilkuset pedagogów. Mimo posuchy na rynku pracy tylko z takich ośrodków akademickich jak Olsztyn i Częstochowa co roku wychodzi 200-300 kandydatów na nauczycieli, zaś w Warszawie czy Krakowie jest ich nieporównywalnie więcej. Co z nimi zrobić?

        - Wydłużenie okresu nauki i większa ilość przedszkoli tak naprawdę jest po to, żeby nie dopuścić do większego bezrobocia - przyznaje po długich namowach jeden z członków warmińsko-mazurskiego ZNP. - W tej chwili sytuacja jest taka, że nawet przerzucanie starszych nauczycieli na wcześniejszą emeryturę nic nie zmienia. A tak będzie więcej zajęć i więcej pracy, dla młodych ludzi też.

        Mój rozmówca, jak i zapewne inni związkowi nauczyciele, zdaje sobie jednak sprawę z olbrzymich kosztów, jakie budżet musiałby ponieść w związku z reformą - niezależnie od jej słuszności bądź niesłuszności. Rządom od wielu lat trudno wyasygnować większą kwotę na podwyżki w oświacie - a co dopiero mówić o kolejnych etatach. Dochodzi też kłopotliwa kwestia braku przedszkoli, które w ciągu ostatnich lat raczej likwidowano, a nie budowano (od 1997 r. zamknięto około 30 proc. tych placówek). Stopniowa reorganizacja ośrodków przedszkolnych oraz ich utrzymanie kosztowałyby podatników nie mniej niż 50 mln złotych rocznie, co w połączeniu z nakładami na reformę szkolną - czyli nowe programy nauczania, podręczni, kursy dla pedagogów - poważnie wstrząsnęłoby wydatkami państwa.

        Taki eksperyment byłby więc wart zachodu tylko wtedy, gdyby niósł za sobą jakieś wymierne społeczne lub gospodarcze korzyści. W innym wypadku - nie opłaca się nawet próbować wprowadzać go w życie, zwłaszcza że dotyczy on najmłodszych obywateli naszego państwa. Szkoda przy tym, iż ZNP nie zauważa alternatywnych, dużo tańszych i bardziej sprawdzonych pomysłów na zreformowanie polskiego systemu edukacji, np. modelu „fińskiego” (nauka od 7 do 16 roku życia, staranny dobór przedmiotów, indywidualna praca z dzieckiem) czy idei tzw. bonu oświatowego.

        Niestety - każda z tych koncepcji, nawet jeśli przysłużyłaby się dzieciom, ma jedną poważną wadę: nie uwzględnia interesu członków ZNP.




    Grzegorz Wierzchołowski

    Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej”. Zamieszczamy za zgodą Autora.




  • skocz do góry